Może się wydawać, że "Alfabet" to książka wyłącznie dla młodego, mobilnego i zaskakująco otwartego na problemy sąsiadów ze wschodu niemieckiego inteligenta, który w trzydziestym roku życia zaczyna kolejny kierunek studiów humanistycznych albo szykuje się do podróży z plecakiem dookoła świata.

Jednak ten niecodzienny produkt kierowany jest także do Polaków, którzy dziś jeżdżą za Odrę, bynajmniej nie żeby w trakcie wakacji zarobić przy zbieraniu szparagów, ale zrobić w Niemczech doktorat. Do takich, co w Berlinie zapuścili już korzenie i chcą bliskim sercu Niemcom wytłumaczyć, skąd się wzięli i czemu Polak jest, jaki jest.

"Ta książka wzięła się z poczucia braku. Nie mieliśmy dotychczas w Niemczech wydawnictwa, które byłoby poświęcone aktualnym zjawiskom w kulturze polskiej, a zarazem sytuowałoby je w tradycji, mitach i narracji historycznej - mówi DZIENNIKOWI redaktorka "Alfabetu" Stefanie Peter. "Jest masa przewodników, kompendiów historycznych, podręczników i monografii, ale nie ma publikacji tego typu. Wydając "Alfabet", chciałam dotrzeć do nowych czytelników, zainteresować nią rzesze odbiorców, a nie tylko ekspertów zajmujących polską tematyką".

Renomowane niemieckie wydawnictwo Suhrkamp wydało książkę tak, jak się w Niemczech wydaje porządne leksykony. "Alfabet" ozdobiony jest dowcipnymi grafikami z pogranicza sztuki i rysunku gazetowego autorstwa Macieja Sieńczyka, a dobór haseł ma powiedzieć co nieco o dzisiejszej Polsce.

Jest więc trochę historii, wyrywkowo dobranej według pomysłu, żeby się "Niemcowi światełko zapaliło". Jest Jedwabne, bo wyczuleni na sprawy żydowskie niemieccy korespondenci pisali o tym w swoim czasie sporo. Jest też hasło "Rok 1968 w Polsce", bo akurat ta data to doświadczenie konstruujące świadomość współczesnego Niemca. Jest i kanon: "Solidarność", KOR i Katyń, ale opisane na świeżo i z wyczuciem. Obok tematów dumnych i poważnych swoje miejsce znalazła w "Alfabecie" najczystsza popkultura: kultowe filmy Machulskiego, fenomen disco polo, polski fiat, Hans Kloss itd. Wśród autorów znaleźli się zarówno Niemcy, jak i Polacy, m.in. Dorota Masłowska, Paweł Dunin-Wąsowicz oraz krytyk muzyczny DZIENNIKA Jacek Skolimowski.

"Zarówno po stronie polskiej, jak i niemieckiej autorami są znani dziennikarze, publicyści i badacze" - mówi Stefanie Peter. "Starałam się, żeby teksty były efektowne, choć nie za bardzo dowcipne, a przez to powierzchowne. Zależało mi, żeby hasła zawierały solidną wiedzę o temacie, ale były napisane przez autorów posługujących się różnymi stylistykami. Dlatego o żubrze, orle i bocianie, symbolicznych dla was zwierzętach, opowiada znany niemiecki biolog, zaś słynny krytyk pisze o muzyce Krzysztofa Komedy w filmach Romana Polańskiego, która słabo jest kojarzona z Polską.

Mimo tego - zwłaszcza w tematach kulturalnych - autorzy za bardzo poszli w stronę abstrakcji. To może spowodować, że czytelnik nie będzie w stanie zrozumieć, o co chodzi Stephanowi Wakwitzowi opowiadającemu o Tadeuszu Kantorze. Nie dowie się też, dlaczego szeroko opisana została akurat grupa malarska Ładnie, a nie inne polskie projekty artystyczne. Słabym punktem są także hasła polityczne, które z natury rzeczy szybko się dezaktualizują. Widać, że książka powstawała w gorącym okresie PiS-owskiej rewolucji kulturalnej, która - pech chciał - skończyła się w momencie wydania "Alfabetu". Hasła o agentach, lustracji i moherowych beretach pozostaną więc trochę jak nieproporcjonalne do swego znaczenia duże skamieliny, ale chyba tak już musi być.

Jednak "Alfabet" ma też sporo mocnych stron. Jest trochę socjologii, głównie przedstawionej dowcipnym piórem Pawła Dunina-Wąsowicza, który pisze, że "dres ma furę, skórę i komórę", a "blachara to jego dziewczyna, która leci na facetów z dobrym samochodem, nosi balejaż i białe kozaczki". Zabawne są też próby wytłumaczenia Niemcom bogactwa językowego, jakie towarzyszy określaniu przez Polaków sąsiada zza Odry: prusaki, szwaby, helmuty, jechać na saksy. W ogóle "Alfabet" stara się pokazać czytelnikom bogactwo współczesnej polszczyzny, a w końcu niełatwa to sztuka.

"Polszczyzna jest chyba najbardziej poetyckim językiem, który znam" - mówi redaktorka publikacji. "Język polski jest lustrem zmian, które się w ostatnich latach dokonały się w Polsce. Takie słowa jak <xeroboy> czy <dresiarz> bardzo dużo mówią o waszej transformacji i dlatego mają osobne hasła. Bardzo mi zależało, żeby pokazać w książce zjawiska, które zachodzą w polszczyźnie. Cała prawda o tym, co wydarzyło się w Polsce po 1989 roku, tkwi w języku".

"Alfabet" jest więc przeznaczony przede wszystkim dla czytelników poszukujących i otwartych na wyzwania. Książkę zapewne kupi też Niemiec, który się Polską się interesuje. A takich wbrew pozorom nie brakuje i jest to grupa, z którą warto dialog prowadzić. To oni bowiem na nowo konstruują "wolne od Gdańska, Grassa i drugiej wojny światowej" pojmowanie Polski. Ale kupi ją też "zglobalizowany" Polak, który z Niemcami i z Niemców żyje i w którego interesie leży, żeby partner co nieco zrozumiał z polskiej rzeczywistości. Słowniki, w których narody Europy tłumaczą same siebie, to chyba coś w rodzaju wymogu cywilizacyjnego czasów integracji europejskiej. "Alfabet" robi to przystępnie i sprawnie.