Moje cztery żony miały dwie wspólne zalety. Pierwszą, że w ogóle zaryzykowały bycie z Łazuką, a drugą - dzięki nim miałem najlepsze teściowe na świecie. One zawsze trzymały moją stronę, zawsze przyznawały mi rację, niezależnie od tego, jak bardzo nabroiłem.

Swoją pierwszą miłość przeżyłem, kiedy uciekłem z domu do kopalni "Katowice". Pracowałem w sortowni węgla i zakochałem się w koleżance z pracy. Miała na imię Bożena. Była o rok starsza ode mnie. To z nią straciłem cnotę. Ale kiedy wyjechałem, kontakt między nami się urwał.

Po niej była Lucyna Szczepańska z zespołu Śląsk. Nasza miłość skończyła się tak, że pewnego razu ona z zespołem wyjechała na Zachód i już tam została. Co się z nią działo, nie mam pojęcia. Te pierwsze miłości pozwoliły mi posmakować, jak pełne uroku jest kobiece ciało…

W szkole teatralnej, choć wokół roiło się od pięknych dziewczyn, miałem jedną wielką miłość. To była krakowianka Zofia Marcinkowska, jedna z najpiękniejszych kobiet w polskim kinie. Jej uroda była zjawiskowa: oczy jak chabry, nosek delikatny, kilka piegów, wielka kultura osobista, a do tego wszystkiego kształtny i obfity biust.

Rozstanie z nią nie należało do najprzyjemniejszych, trudno mi było się z tym pogodzić. Pewnego dnia ona wyjechała do Krakowa i to był koniec naszego romansu. Niestety, piękna Zofia nie żyje od 40 lat. Popełniła samobójstwo. Dowiedziałem się o tej tragedii dopiero po latach, kiedy zadzwonił do mnie jej brat i zaprosił na mszę w jej intencji.

Moją pierwszą żoną była koleżanka z teatru Barbara Wrzesińska. Ale nasze małżeństwo trwało tylko trzy miesiące. Rozstaliśmy się przez moją głupią, chorobliwą zazdrość. Później była przepiękna Daniela Pacholczyk, tancerka.

Mieszkaliśmy w Warszawie w dwóch pokoikach ze ślepą kuchnią. Ona pracowała w Teatrze Wielkim jako solistka. Nasze małżeństwo nie przetrwało. Dopiero po latach dotarło do mnie, że byłem strasznym egoistą, za mało się zajmowałem nią i domem. Teraz Daniela mieszka w Santa Monica.

Potem miałem okres, nad którym najbardziej ubolewam. Romansowałem na prawo i lewo, miałem mnóstwo kobiet, ale były to związki na jedną noc. Wolę tego nie pamiętać. Znalazłem się u szczytu sławy. Zachłystywałem się powodzeniem, jakie miałem u kobiet, i ani myślałem wiązać się z jedną, skoro mogłem mieć ich wiele.

Ustatkowałem się dopiero w latach 70. u boku Małgosi Viresco, tancerki. Byłem z nią sześć lat. Małgosia dała mi pięknego syna Adasia, w tej chwili profesora. Kiedy się z nią rozstałem, związałem się z Renatą Węglińską. Była modelką i projektantką ubrań. W tej chwili pracuje w Warszawie w zagranicznej firmie. To z nią mam córkę Olgę. Renata wytrzymała ze mną najdłużej, bo aż 21 lat.

Teraz spotykam się z panią Anią, doktorem nauk medycznych. Łączy nas uczucie, świetnie się rozumiemy. No i ona rozumie, że najważniejszą kobietą mojego życia jest córka Olga.