W międzywojniu były trzy "idealne małżeństwa": Żeleńskich, Chwistków i Witkiewiczów. W każdym mąż miał prawo do erotycznych awantur, oczywiście w granicach przyzwoitości. Po kilku latach małżeństwa Witkacy otrzymał więcej swobody niż kiedykolwiek Boy czy Chwistek, również swobody mówienia o swoich ekscesach.

"Stary Boy zawsze twierdził, że mężczyzna musi mieć wiele kobiet i że pożycie z jedną jest tylko formą onanizmu" - przekonywał swą żonę. I w końcu żona Witkiewicza zgodziła się, by "babami (piętrząc takowe jedna na drugą)" zapychał "kompletną pustkę". Mogła mu tylko współczuć, kiedy jedna ze znajomych urządziła mu "zlot kochanek". Na szczęście zjawiło się tylko "5 sztuk". Gdyby przyjechała jeszcze jedna, to by "skonał". Na użytek żony zaczął Witkacy układać regulamin małżeństwa. Szkoda, że nie znamy całości. "Więc jeśli chodzi o kwestie erotyczne - pisał w liście z 17 III 1929 - to b. Cię proszę, przyjedź, a nie będziesz się czuła osamotniona. Co drugi dzień wolny wieczór i prawo do rysowania dowolnych osób w godzinach rannych i popołudniowych".

Kiedy zdarzały się nieporozumienia w ich związku, Witkacy argumentował: "byłoby nonsensem rujnować tak idealne małżeństwo i nie zdobyć się na więcej tolerancji". Oczywiście ironista w tym fragmencie listu usłyszy jedynie frazę: "nonsensem rujnować małżeństwo". Przed takimi ironistami, przed taką ławą przysięgłych, zebraną z samych porządnych obywateli wygłasza Witkacy piękną mowę obrończą. Cytuję tylko zakończenie: "Każdy obiektywny świadek (Bóg np.) musiałby przyznać, że byłem mężem idealnym, a przy tym kocham dalej i nie mam zamiaru opuścić. Wstrzymajcie śmiech, przyjaciele - ale trochę sprawiedliwości, bo już nie mogę. Dosyć".

Z pewnością Jadwiga nie była żoną idealną. Czytała, przepisywała i poprawiała rękopisy Witkacego. Subtelnie doradzała zmianę formy tekstów, gdy pisywał do gazet. W stolicy prowadziła interesy jego firmy portretowej. Zdarzało się też, że prowadziła za niego korespondencję z wydawcami. Pomagała mu też w kolekcjonowaniu zbioru osobliwości. W małżeństwie dopiero po kilku latach pozwoliła mu na całkowitą swobodę. I tylko przez 16 lat słuchała jego monologu. Z pewnością, z taką żoną trudno wytrzymać.

Od wiosny1925 roku Jadwiga z Unrugów, żona Witkacego, nie mieszkała z nim, bo nie mogła znieść powtarzających się zdrad. Gdy chciała się rozwieść, zaklinał ją, by tego nie robiła. I tak zostali parą przyjaciół, "idealnym małżeństwem", w którym żona bardzo wiele potrafi wybaczyć i zrozumieć, a mąż - prosi o zrozumienie. On przyjeżdża czasem do Warszawy zarabiać portretowaniem, ona odwiedza Zakopane, by jeździć na nartach i chodzić na górskie wycieczki. Rozmawiają jednak nieprzerwanie, pisząc listy do siebie prawie codziennie. Listy Jadwigi się nie zachowały, ocalała za to większa część kartek Stanisława Ignacego.

Właśnie ukazał się drugi tom jego listów do żony (lata 1928 - 1931). 320 prywatnych zapisków głównie o stanie ducha i ciała mędrca z Równi Krupowej, gdyż o Jadwidze wiele się nie dowiadujemy od autora zajmującego się nieprzerwanie terenowymi badaniami nad sobą samym. W tych badaniach opisuje z "naukową rzetelnością" każdy szczegół: stomatologiczne katastrofy, potworne symfonie jelit, narkotyczne seanse, towarzyskie orgie i - oczywiście - komplikacje erotyczne. "Ach Nineczko, Ty jedna, a poza tym są dupy i owszem, ale to nie to. Całuje Cię."Kocha ją zatem, bo miłość znaczy dla niego tyle co porozumienie dusz wolnych, a nie smycz, więzienie czy inna forma zniewolenia. Jadwigę będzie kochał do końca, nawet wtedy, kiedy pokocha też Czesławę Korzeniowską - ostatnią miłość swego życia. Prosił też będzie później żonę, by pomogła mu pogodzić się z Czesią, zdradzaną i okłamywaną. Tak wyglądało "idealne małżeństwo" Witkacego: ego "biednego Stasia" zawsze w centrum uwagi. "Cała rzecz to swoboda. A przecież z żadną kobietą nie wytrzymałem tyle, co z Tobą = 6 lat" - pisze w 1929 roku. On z nią wytrzymał? Prawda, że także ona musiała go informować o swoich "znajomościach", skoro Witkacy martwił się jej rozejściem ze Schyziem (tak go przezwał).

Co miesiąc Witkacy wysyłał żonie, skromnej urzędniczce, pieniądze. Pomagał też matce w prowadzeniu pensjonatu i utrzymywał siebie. Z trudem. Zarabiał głównie portretami, robionymi z konieczności, przyjemności, wściekłości. "Już nie mogie - Baby, dzieci, ksiądz" - żali się. Biedny "Wahajebita" - bo dochody mu się wahały. I można zrozumieć ten żal w czasach, gdy byle przebojowy bubek miał się nieźle, a najwybitniejszy dramaturg polskiego międzywojnia, malarz, teoretyk, filozof z trudem wiązał koniec z końcem. Z punktu widzenia tego bubka Witkacy był osobowością "kontrowersyjną", "ekshibicjonistyczną", a jego małżeństwo było "co najmniej dziwne". Listy do żony nie dlatego jednak są interesujące, że pozwalają poznać wszystkie intymne szczegóły, którymi dzielił się z Jadwigą. Choć ciekawy czytelnik znajdzie w nich i meskalinowe zastrzyki, i alkoholowe upadki, i kartę chorób, z nazwiskami i szczegółami.

Ciekawsze jest coś innego. Listy pokazują przede wszystkim artystę życia, który wznosi się ponad nudnawą realność. Kartki te co dzień pisane to niekończące się popisy inwencji, humoru i witalności wymyślane na przekór nudzie, osamotnieniu, zniechęceniu, a nawet rozpaczy. I zapis planów Nowego Życia, dowód uporczywej acz niekonsekwentnej pracy nad sobą "do upadłego (ale nie człowieka)". Śledzimy dzięki listom codzienny wysiłek wyobraźni zmieniającej banał w "dziwność istnienia", albo chociaż w nadbanał, nawet kiedy "szara materia idzie cała na robieniu paru złotych". Dlatego co list to miniatura absurdalnego humoru. "Nic do pisania nie mom, bo jezdem bardzo ogłupiały". "Do Krakowa napiszę jutro, i pojutrze, a potem ciemność. Moja mnóstwo za bardzo zmęczona. Moja nienawidzić gemba biały człowiek".

Humor dotkliwiej jednak pokazuje to, co skrywa - stopniową utratę nadziei, życiowej i artystycznej. Kiedy Witkacy informuje, że znajduje się w "przewiewnej metafizycznej trupiarni" albo że "stan galwanizowania trupa trwa" nie kokietuje czarnym humorem. On, "wielki prorok niezależności literackiej" zmuszony został do "tworzenia" przez materialną konieczność. Musiał odrywać się bez ustanku od pisania "Szewców", "Jedynego wyjścia" i filozoficznych rozpraw; od malarstwa Czystej Formy już wcześniej odszedł. Starał się m.in. "wkręcić się" do IKC, codziennej gazety, by zarobić felietonami parę groszy. I się łudził, że pisane z nadzieją na większą "flotę" powieści czy "Narkotyki" odniosą sukces. Po lekturze listów Witkacego inaczej patrzymy na gest porzucenia czystego malarstwa, a nawet na przekonanie, że powieść nie jest dziełem sztuki czystej. Wiele uczynił bowiem Witkacy, by uwznioślić życiową konieczność i trudno mu się dziwić.

Pełne olśniewających konceptów listy do żony pokazują, jak Witkacy bezustannie filtruje rzeczywistość, by bronić się przed banałem. W życiu codziennym też stworzył prosty system "filtrów". Kolorowymi kółkami wieszanymi na drzwiach informował, czy wizyta jest możliwa, regulaminem firmy portretowej określał restrykcyjnie, co wolno klientowi, regułami postępowania z przyjaciółmi wyznaczał granice nietykalności. Wystarczyło popełnić faux pas, by otrzymać od niego wiersz "Do przyjaciół gówniarzy" i zostać skazanym na ciężkie nieistnienie. Realność nieustannie właziła jednak mu do pracowni, choćby pod postacią klienta. Dziwnie się czyta dzisiaj objaśnienia w opracowanych perfekcyjnie listach do żony. Janusz Degler wykonał tytaniczną pracę, by wyjaśnić zaszyfrowane znaczenia i by odnaleźć dane setek pozujących Witkacemu. Przypisy powołują do życia pół międzywojennego Zakopanego! Prawie niemożliwe, że zrobił je jeden człowiek z pomocą kilku zaledwie osób. Ale co za paradoks historii! Nie dość, że za sprawą listów możemy do woli "babrać się" w życiu osobistym autora (krańcowo tego nie znosił), to jeszcze dzięki objaśnieniom śledzimy wiele biografii wydobytych z niepamięci tylko dzięki firmie portretowej. Jak pisał portrecista: "Nie jest to przyjemność duża/ Cały dzień malować stróża/ I za taki marny zysk/ Zgłębiać taki głupi pysk". A teraz "stróż" odnaleziony przechodzi do historii. No, może tylko do przypisów.

Listy Witkacego do żony nie są jego największym dziełem. Nie zawsze się udaje mu przecież "stróża" przerobić na dzieło, a co dopiero receptę lekarską czy informację o portretowych zamówieniach. Ale już poranne golenie się czy małżeństwo - to już przerabia z łatwością. Czyta się tę korespondencję z zapartym tchem, ponieważ donosi o piekielnie intensywnym życiu, choć nie za sprawą nadzwyczajnych okoliczności czy zdarzeń, ale nadzwyczajnej kreacyjnej siły. Po lekturze czeka się z potwornym nienasyceniem na następne dwa tomy.

p


Stanisław Ignacy Witkiewicz, Listy do żony (1928 - 1931). Przygotowała do druku Anna Micińska. Opracował i przypisami opatrzył Janusz Degler, PIW, Warszawa 2007