W jednym eseju potrafi pisać o teatrze Wyspiańskiego i o prozie Doroty Masłowskiej. Jej książki znoszą granice między historią literatury i krytyką literacką, między domeną słowa a domeną obrazu, między romantyzmem a awangardą. Znoszą granice, ale nie uchylają różnic, jak tego dowodzi studium Romantyzm polski wśród romantyzmów europejskich (1973) czy pisany z całkiem odmiennej perspektywy esej "Do Europy - tak, ale razem z naszymi umarłymi" (1999). Maria Janion zajmuje się całością ludzkiego doświadczenia, ściślej – formą jego wyrazu w języku sztuki, ale i w postaci innego rodzaju świadectw, takich jak pamiętnik, list czy fotografia, wszelkie więc dokumenty życia intymnego. Niełatwo wskazać w polskiej humanistyce kogoś drugiego o tak rozległej skali zainteresowań badawczych.

Napisane przez Marię Janion książki zazwyczaj są wynikiem wieloletnich prac, bo Profesor ma zwyczaj gromadzenia w teczkach materiałów do kilku czy nawet kilkunastu książek. Ale tak się składa, że zrealizowane po latach projekty prawie zawsze trafiają w jakąś pilną potrzebę ducha czasu, korygują zbiorowe emocje, często już samym tytułem stanowią przeciwwagę dla dominujących nastrojów. Tak jak „Gorączka romantyczna” (1975) pozostawała w opozycji do technokratycznego stylu dekady Gierka, tak książka „Żyjąc tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji” (2001) uderzała w konsumpcyjną euforię wolnorynkowej niepodległości, w złudną amerykanizację życia, a niedawno wydana „Niesamowita Słowiańszczyzna” (2006) jest odpowiedzią na „wszechpolskie” klimaty, wskazuje na konieczność nowego zdefiniowania, czym ma pozostać naród w jednoczącej się Europie. Książki Marii Janion potrafią przywracać równowagę życiu publicznemu, z reguły dowartościowując to, co zostało stłumione, odrzucone, zapomniane lub przemilczane, tak czy inaczej zagrożone.

Badacz przekazuje wiedzę, uczony dzieli się mądrością, Maria Janion daje wiedzę, mądrość i jeszcze coś więcej: wytwarza ruch myśli. Daje do myślenia. A to nie wszystkim się podoba i – jak tylko sięgam pamięcią – zawsze wywoływało niehamowane reakcje zajadłych ortodoksów różnych wiar czy ideologii. Siła oddziaływania Marii Janion tkwi jednak w tym, że prowadzi dialog ze słuchaczami. Jej żywiołem były zawsze konwersatoria. Pamiętam przejęcie, z jakim tuż po premierze mówiła nam w Gdańsku o krakowskim przedstawieniu „Umarłej klasy” w Teatrze Cricot 2. W „seansie dramatycznym” Tadeusza Kantora i w towarzyszącym mu manifeście teatru śmierci znalazła swoje ulubione tematy: sobowtóry, powracających zmarłych, dzieci-starców, demonizm kreacji... Ale podejrzewam, że największe wrażenie musiała wywrzeć reżysersko-demiurgiczna obecność Kantora na scenie pośród aktorów. Czy Janion rozpoznała także i siebie samą w roli Wielkiego Dyrygenta? Dyrygowała przecież naszymi rozmowami jak von Karajan orkiestrą: wyciszała lub wzmacniała pewne tonacje, grymasem twarzy lub sposobem notowania modelując pomysły dyskutantów.

To naturalne, że sama grała główne skrzypce, niemniej szczodrze powierzała główne role innym, zapraszając na gdańskie konwersatoria starannie dobranych gości. Sprowadziła do uniwersyteckiej sali m.in. Mirona Białoszewskiego, Jerzego Grotowskiego i Guentera Grassa. Szczególne względy okazywała jednak tłumaczom. Byli posłańcami z wolnego świata idei. Dbała, byśmy mogli jako pierwsi obcować z ich przekładami jeszcze przed publikacją. I tak Danuta Danek komentowała prace Bruno Bettelheima, Piotr Kamiński dzielił się swoim Genetem, Jarosław Anders przedstawiał przekład książki Susan Sontag „Choroba jako metafora”. Czytaliśmy jeszcze mnóstwo innych przekładów zamawianych specjalnie na potrzeby powstającej serii wydawniczej „Transgresje”.

Nasze własne księgozbiory były przecież sklonowane przez politykę wydawniczą PRL. W małych mieszkaniach młodej polskiej inteligencji stały zwykle te same segmenty, a na półkach – identyczne kolekcje: proza iberoamerykańska, tomiki Biblioteki Myśli Współczesnej „wystane” od świtu w księgarni na Foksal, kupowane na przecenie egzemplarze Biblioteki Klasyków Filozofii, ponadto trochę bibuły i nieco antykwarycznych zdobyczy. A biblioteka Marii Janion była ucieleśnionym mitem Księgi: książki pleniły się wszędzie, w każdym zakamarku, od podłogi po sufit, a nawet tam, gdzie wzrok nie sięga. W mieszkaniu naszej Profesor przekraczaliśmy bez paszportu granice, tak pilnie strzeżone przez wopistów i cenzorów. Gdy po wielu latach, już z paszportem III RP, trafiłem w końcu do paryskiej księgarni Shakespeare & Co, poczułem się jak u Marii Janion w domu.

Trudno znaleźć lepszy przykład „przygód człowieka myślącego” w powojennych dziejach humanistyki polskiej niż biografia naukowa Marii Janion! Od pierwszych artykułów w łódzkiej „Kuźnicy” po dzisiejsze eseje upłynęło przeszło 60 lat. Warto dostrzec paralelizm między dziełem poety, który postanowił pozostać „głosem anonima”, a pracą uczonej, która chce być kustoszem „archiwum egzystencji”. To właśnie Tadeusz Różewicz oraz Maria Janion są niezastąpionymi świadkami całej naszej powojennej historii w jej najbardziej ludzkim wymiarze.

Zmieniały się pola badawcze i metodologie, zmieniały się realia. Janion coraz śmielej przekraczała granice literaturoznawstwa, wchodząc na tereny niepewne i nieoswojone, ale nigdy chyba nie przekroczyła publicznie granicy osobistej biografii. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek wspomniała o swoim kresowym dzieciństwie, o okupacyjnych kompletach w Wilnie, o powojennej Łodzi, chociaż byliśmy takiej historii złaknieni. Owszem, przytaczała czasem jakąś anegdotę ze słynnych schodów w Pałacu Staszica albo z wakacji w Oborach, które spędzała w towarzystwie profesor Marii Żmigrodzkiej, relacjonowała wspólne wizyty w mieszkaniu Mirona Białoszewskiego, ale to już były incydenty z literackim kontekstem. A osobistą powściągliwość Marii Janion tłumaczą zapewne słowa Mickiewicza:

Są prawdy, które mędrzec wszystkim ludziom mówi,

Są takie, które szepce swemu narodowi;

Są takie, które zwierza przyjaciołom domu;

Są takie, których odkryć nie może nikomu.

Tomasz Bocheński: Maria Janion jest zarówno eliksirem, jak i trucizną

„Księga Janion” wydana na 80. urodziny Pani Profesor przypomina pierwszy po wielu latach zjazd rodzinny. Teraz „rodzina” może naocznie stwierdzić co „ma we krwi”, a i „mater familiae” może przejrzeć się w swych „dzieciach”. A jest w kim się przeglądać, bo niemało znanych pisarzy i naukowców uczestniczyło w sławnych seminariach Janion. Do jubileuszowego wydawnictwa dali swoje teksty m.in. Paweł Huelle, Stefan Chwin, Izabela Filipiak i Marek Bieńczyk – by wymienić tylko pisarzy.

Księga zawiera dokładnie 44 artykuły. Na pewno wysłano więcej tekstów, ale sprawiedliwy los je zagubił. Zanim czytelnik dojdzie do opublikowanych esejów, powinien przeczytać wydrukowany na początku wykaz osiągnięć Pani Profesor. Zamieszczony w Księdze spis publikacji Marii Janion dłuższy jest niż większość poświęconych Jej artykułów! Indeks tytułów dłuższy jest niż niejeden romantyczny poemat! Do tego spis prac magisterskich i doktorskich oraz indeks ulubionych tematów... Oto materialne dowody „apologii wszelkiego trudu”. Rzeczywiście, trzeba było „klasztornego reżimu życia zawodowego”, by napisać i wymyślić te 723 pozycje. Ale jak udało się Janion podtrzymać to zaangażowanie, które widać w pierwszych pracach. Czasem może się wydawać, że te 60 lat myślenia – od marksizmu do feminizmu – było dzięki pasji tylko chwilą. Chyba to jednak niemożliwe, przecież Janion jest pisarką ciemności, potworów, labiryntu, obcości i inności. I wyzwolenia poprzez myślenie. Tam chwile muszą mieć gotycką długość. Paweł Huelle napisał, że „najlepsze uniwersyteckie chwile” spędził „pomiędzy pesymizmem a utopią”, na seminariach u Janion, oczywiście. Nie tylko zresztą dla niego zetknięcie z „humanizmem tragicznym” miało wielkie znaczenie. Niektórzy, jak Anna Janko zejście do Janionowego labiryntu porównują do inicjacji, oddziaływanie Mistrzyni wyrażając paradoksem: była „eliksirem i trucizną zarazem”. Pojmujemy wtedy, że dla wielu seminaria oznaczały także wtajemniczenie. I oczywiście wmówienie, które jest dzieckiem entuzjazmu.

Najlepszym hołdem złożonym Mistrzyni są przenikliwe interpretacje literatury, a tych w Księdze nie brakuje. Swoje rozważania umieścili w niej przecież Małgorzata Czermińska, Ewa Nawrocka, Stanisław Rosiek, Wojciech Owczarski, Ewa Siwicka (wymieniam z braku miejsca tylko niektórych autorów).