Dlaczego tak często grywasz facetów, którzy mają problemy w relacjach z kobietami?

Clive Owen: A czy nie jesteśmy raz po raz przez nie uwodzeni i wykorzystywani? Takie jest życie. I byłoby nudne bez podobnych kłopotów. Interesują mnie role bohaterów z problemami, nawet jeżeli kłopoty te są związane z przedstawicielkami płci pięknej.

Równie często swoje filmowe kobiety zdradzasz…

Owszem, czasem (jak w "Bliżej”) to ja jestem cudzołożnikiem. A zdarza się (jak choćby w "Wykolejonym”), że ofiarą. Mało tego, w tym przypadku mój bohater nie ma wpływu na to, co się dzieje. To akcja wpływa na niego, więc musi się dostosować do sytuacji. Facet popełnia błędy, bo jest człowiekiem. I trochę jak u Hitchcocka stawiany bywa w niezwykłych sytuacjach.

A co Clive Owen, osoba prywatna, sądzi o cudzołóstwie?

Nie praktykuję i nie toleruję. Jestem żonaty od 12 lat i uważam, że wierność to jedna z najwyższych wartości w każdym związku. Tak wysoko cenię sobie to, co czeka na mnie w domu, że nigdy nie próbowałem tego zniszczyć.

Jak na hollywoodzkie standardy sławny stałeś się dość późno, bo w wieku 36 lat. Wcześniej występowałeś głównie w angielskich produkcjach telewizyjnych. Co popularność zmieniła w twoim życiu?

To, że kiedy nie ma mnie w angielskiej telewizji, Brytyjczycy zadają sobie pytanie: „Co z Clivem Owenem? Ciekawe czy w ogóle coś robi?”. Żartuję. Jeżeli chce się zaistnieć na tym rynku, nie można opierać się propozycjom z Hollywood. One są nie do odrzucenia. W którymś momencie instynkt zaczął mi podpowiadać: koniec z rolami telewizyjnymi. A był to czas, kiedy dostawałem wiele ciekawych propozycji serialowych. Chciałem jednak uniknąć powtarzania się i miałem szczęście, że zaproponowano mi udział w filmach hollywoodzkich. To się nazywa odpowiednie role w odpowiednim czasie. O co więcej mógłbym prosić? Miałem możliwość popracować ze świetnymi aktorami i najzdolniejszymi reżyserami. A to z kolei szczyt marzeń każdego w tym zawodzie.

Podbój Hollywoodu udał ci się dzięki "Królowi Arturowi". To nie było najwybitniejsze dzieło. Nie uważasz, że zaprzedałeś filmową duszę producentowi Jerry’emu Bruckheimerowi?

Kiedy podpisywałem kontrakt, spodziewałem się, że otaczać mnie będą sami Amerykanie. Tym czasem cały film kręcony był w Wielkiej Brytanii, a na planie spotkałem wielu aktorów z Wysp. Nie uważam tej roli za najgorszą w karierze.

A który z filmów uznałbyś za najlepszy?

Myślę, że „Bliżej”. Wcześniej była to moja ulubiona sztuka teatralna. 10 lat temu zagrałem w niej Dana, a trzy lata później reżyser Mike Nichols zaproponował mi rolę Larry’ego. Kiedy później dowiedziałem się, że na planie towarzyszyć mi będą Julia Roberts, Jude Law i Natalie Portman, byłem w siódmym niebie. Ten film to także świetne dialogi. Nie znam drugiego z tak wspaniałe napisanymi. A możecie mi wierzyć, trudno ze sztuki teatralnej zrobić dobry film kinowy.

Dlaczego nie chciałeś zagrać Bonda?

Chyba muszę to wyjaśnić: w pewnym momencie krążyła plotka, że będę nowym 007. Ale mnie nigdy nie interesowała ta rola. Wybieram trudniejsze. Zresztą nawet nie zaproponowano mi jej oficjalnie, więc nie miałem okazji odmówić. A Daniel Craig jest rewelacyjnym Bondem.

I bardzo męskim. A czy ty uważasz się za symbol seksu?

Nie, takie myślenie może być bardzo zwodnicze. Jestem zwykłym facetem.

Który dorastał w epoce Margaret Tatcher i punka.

Wtedy moim idolem był David Bowie. Nawet miałem szczęście kilka razy uścisnąć mu dłoń. To pierwsza i jedyna osoba, po spotkaniu z którą czułem się autentycznie wstrząśnięty. Dzięki swojej pracy spotykam się z wieloma gwiazdami, jednak przy żadnej nie czułem się tak dobrze. Muzykę Bowiego odkryłem, gdy byłem jeszcze małym chłopcem. Kupiłem wszystkie jego płyty, mam ich w domu ogromną kolekcję. Zawsze był oryginalny i inni niż wszyscy. On i gracz Liverpoolu Steven Gerrard to najbardziej wpływowe osoby w moim życiu.

Jesteś wielkim fanem piłki nożnej. Jak znosisz porażki swojego kraju?

Nie jest łatwo. Wariuję zwłaszcza, kiedy nadchodzi Mundial. To świetne widowisko, pełne najpiękniejszego futbolu, za każdym razem lepszego niż poprzednio. Oglądam wtedy praktycznie wszystkie mecze.

Zastanawiałeś się kiedyś nad porzuceniem Anglii i Londynu dla Los Angeles?

Żyjemy w dziwnych czasach. Trudno przewidzieć, co przyniesie następny dzień. Mieszkam w Londynie już od 20 lat i jestem z tym miastem bardzo związany. Tu chodzą do szkoły moje dzieci. 10 lat temu aktor na moim miejscu bez wahania przeprowadziłby się do Los Angeles. Ale dzisiaj, kiedy hollywoodzkie filmy kręci się praktycznie na całym świecie, nie trzeba już koniecznie się tam pchać. Pewnie, że mógłbym się przeprowadzić za Ocean, ale wtedy w każdej przerwie między kręceniem filmów pytał bym siebie: co ja tu w ogóle robię? I od razu leciał do Londynu.

Ponoć męczą cię już role bohaterów i szukasz zupełnie innych propozycji. Jakich konkretnie?

Marzy mi się rola w komedii romantycznej, problem leży jednak w scenariuszach. Te, które dostaję, nie są zwykle wystarczająco dobre. Napisanie dobrej komedii romantycznej nie jest łatwe, wiem to, bo mam za sobą lekturę ponad dziesięciu takich tekstów. Kiedy na planie "Wykolejonego” rozmawiałem o "komediowym kryzysie” z reżyserem Mikaelem Halfstromem, doszliśmy do wniosku, że w obecnej sytuacji najlepszym pomysłem jest wybranie i nakręcenie najgorszego z możliwych scenariuszy. Może właśnie z niego udałoby się stworzyć prawdziwy hit?

Clive'a Owena można oglądać w "Wykolejonym", wtorek 1 stycznia, TVP1, godz. 20.05