Oglądając CNN, BBC, słuchając, jak prezenterzy angielskich, niemieckich czy francuskich serwisów informacyjnych łamią sobie języki, żeby powiedzieć: Andrzżey Wazżda, the most famous polish director... może otrzymać Oscara za film opowiadający o zbrodni dokonanej na Polakach przez "Rosjan", "rosyjskich komunistów", "Stalina" (w zależności od politycznych sympatii stacji i poziomu wykształcenia dziennikarzy), rozumiemy, że wiedza o zbrodni katyńskiej i o tym, kto jej dokonał, dotrze do bez porównania większej liczby ludzi na całym świecie, niż gdyby jakiś polski polityk wykrzyczał ją na placu Czerwonym.

Jednocześnie Siergiej Ławrow zapowiedział, że "Katyń" będzie w Rosji rozpowszechniany. Nie oszukujmy się, zapewne nie w multikinach, ale już nie tylko w sali projekcyjnej polskiego ośrodka kultury. Film Wajdy, a wraz z nim prawda o Katyniu, prawda polska, nasycona emocjami, domagająca się sprawiedliwości trafi przynajmniej do "inteligenckiego" obiegu, co w Rosji oznacza setki tysięcy widzów i to z elit opiniotwórczych. Wielu Rosjan wysłucha też przy okazji komentarzy samego Wajdy, które - znając tego reżysera - będą wyważone. Będą oddzielały - tak dalece, jak to jest tylko możliwe - zbrodnie komunizmu od zbrodni Rosjan. I historię od bieżącej polityki.

Mądry i głupi użytek z historii

Bo przypominanie zbrodni katyńskiej nie było dobrym narzędziem do uzyskiwania od Rosjan politycznych ustępstw. Taka próba politycznej funkcjonalizacji tylko zwiększała opór wobec prawdy o Katyniu. W planie dwustronnych stosunków politycznych dużo skuteczniejszy argument w ręce polskiego rządu niż obrazy represji stalinowskich czy tłumionych polskich powstań narodowych dała polska przynależność do UE. Polskie weto, które wprowadziło Brukselę do gry pomiędzy Warszawą a Moskwą, było o wiele skuteczniejsze niż projekt wystawienia muzeum katyńskiego pod oknami rosyjskiej ambasady w Warszawie. Podobnie jak w stosunkach polsko-niemieckich nie sprawdzi się wysłanie remake’u "Westerplatte" na festiwal w Cannes. O wiele skuteczniejsze będzie szukanie dyplomatycznych sprzymierzeńców do żmudnego przekonywania Berlina, że dwustronna przyjaźń niemiecko-rosyjska nie może być budowana kosztem Polski, Czech, Litwy czy Estonii.

Wajda nie myli ról artysty i polityka, a jednocześnie pokazuje, że sztuka i historia, pamięć i polityka, są o wiele bliżej siebie, niż to twierdzili wpływowi w III RP zwolennicy historycznej amnezji. Bo tryumf, a nawet samo powstanie "Katynia", to nie tylko upokorzenie dla polityki historycznej w wersji prawicowej, ale również klęska polityki historycznej postkomunistów i tej części inteligenckiego salonu, która uważała SLD za najlepszego sprzymierzeńca do budowy demokracji. Jedni realizowali tę politykę historyczną w duchu słynnego wspólnego tekstu Michnika i Cimoszewicza, który miał tę przynajmniej zaletę, że sprawy nazywał po imieniu.

Ale o wiele głupsza była promowana w tym samym czasie z ogromnym zapałem doktryna historycznej amnezji w literaturze i filmie. Po co sztuka ma się zajmować tą nudną polską historią? - pytano powszechnie. To takie wstrętnie użytkowe, zajmijmy się wyłącznie pięknym układaniem słów i obrazów, a historię pozostawmy historykom. A najlepiej w ogóle o niej zapomnijmy, żeby już nie jątrzyć. To była oczywiście bzdura, ale im bardziej prawica domagała się powieści czy filmów, które miałyby zdelegalizować Kwaśniewskiego, tym bardziej lewica czy estetyzujący krytycy brnęli w bzdurę historycznej amnezji.

Bo taki estetyzm byłby może usprawiedliwiony w Paryżu czy Nowym Jorku, ale w Warszawie, po 50 latach wymuszonych półprawd na temat historii i współczesności w oficjalnym obiegu artystycznym teza, że po roku 1989 polska literatura czy polski film mogą sobie odpocząć od rzeczywistości, była tezą jawnie głupią i politycznie użytkową.

Ale to nie prawicowi krytycy literaccy, ale Andrzej Wajda zadał doktrynie historycznej amnezji cios naprawdę śmiertelny. Właśnie "Katyniem". Dokonał po prostu innego artystycznego wyboru, a wybór wybitnego twórcy bywa rozstrzygający. Pokazał, że o historii można w Polsce mówić językiem sztuki. Wajdzie nie zależało na żadnej politycznej deklaracji. Po prostu chciał uzupełnić swoje dzieło o to, czego w PRL-u, nawet dysponując jako wielki artysta większą swobodą od innych, po prostu nie mógł powiedzieć. Nawet on. Najpierw powstał "Pierścionek z orłem w koronie", dzieło w zamierzeniu prawdziwsze i pełniejsze niż "Pokolenie" czy "Kanał". Ten film, pełen dobrej woli, był jednak paradoksalnie mniej udany niż filmy Wajdy z okresu PRL-u.

"Katyń" był dla Wajdy próbą jeszcze bardziej ryzykowną, bo miał pokazać wydarzenie nie tylko z historii narodowej, ale z historii jak najbardziej osobistej. Opowiada o tragedii, która zmieniła życie samego reżysera, zabrała mu ojca - zawodowego oficera II RP. Ale z tej próby Wajda wyszedł zwycięsko. Już jedna tylko scena tego filmu chwyta za gardło. Zaczyna się od obrazu kilku kłócących się ze sobą oficerów stojących pomiędzy pryczami sowieckiego obozu. Potem kamera odjeżdża, aby wreszcie pokazać tłum, setki, może tysiąc mężczyzn w wojskowych płaszczach i mundurach stłoczonych w wąskim przejściu pomiędzy piętrowymi więziennymi pryczami. Nie ma lepszego skrótu: inteligencka elita całego narodu - całe jej bogactwo, spory, emocjonalne rozjątrzenie - zamknięte w jednej więziennej celi i unicestwione w jednej zbiorowej egzekucji. Wnikliwy widz tego filmu przypomni sobie, że takich więziennych cel, w których czekały na egzekucję elity innych narodów, a także elity wielu rosyjskich środowisk, były wtedy dziesiątki, może setki.

Wajda miał osobiste porachunki z Duchem Dziejów. I znalazł język artystyczny, żeby swoją sprawę z historią załatwić. Przez całe twórcze życie nie miał prawa wprost opowiedzieć o katyńskiej tragedii. Ale kiedy stało się to możliwe, swój honorowy, prywatny i publiczny obowiązek wypełnił. Dał świadectwo ze skutecznością, o której wielu jałowych twórczo moralistów podniecających się przy wielokrotnie ponawianej lekturze "Pana Cogito" może tylko pomarzyć. W słynnym sporze Miłosza z Herbertem, ketmana i sztuki przetrwania przeciwstawionych martyrologii i moralnym gestom, Wajda opowiedział się raczej po stronie Miłosza. I wygrał. Także na froncie moralnym.

Biografia rodem z PRL

Bo śmieszy mnie idea, że teraz bez trudu przytroczymy Andrzeja Wajdę do rydwanu polityki historycznej. A ten czy inny polityk lub intelektualista z zaplecza polskiej prawicy, który wcześniej uważał Wajdę za kolaboranta robiącego "Pokolenie" (film o bohaterach z Gwardii Ludowej i stojących z bronią u nogi AK-owcach) czy cynika szydzącego z polskiej bohaterszczyzny w "Lotnej" (z zapamiętanym przez wszystkich obrazem ułana okładającego szablą pancerz niemieckiego czołgu), powie teraz, że jest dumny z Wajdy i jego "Katynia". To by było znowu typowo polskie oszustwo. Udawanie, że nic istotnego się nie wydarzyło, że z historii wybieramy tylko elementy potrzebne nam do czarno-białej patriotycznej makatki.

Właśnie dlatego Wałęsa może być w Polsce tylko niesplamionym bohaterem albo godnym pogardy zdrajcą. Nie może być tym, kim jest. Młodym robotnikiem złamanym w podziemiach milicyjnego komisariatu w grudniu 1970, który potem walczył o odzyskanie godności własnej i o godność całego swojego środowiska. Aby stać się wreszcie autentycznym robotniczym przywódcą. Większym bohaterem niż jego sędziowie i nie mniejszym niż Anna Walentynowicz czy Andrzej Gwiazda - jego pełni resentymentu, bo mniej skuteczni konkurenci.

Także biografia Wajdy na makatkę naszej głupawej i mocno zafałszowanej polityki historycznej kompletnie nie pasuje. Ze wszystkimi serwitutami reżysera "Pokolenia" i "Kanału" wobec historii. A także z naddatkiem emocjonalnym właściwym wszystkim silnym osobowościom postawionym wobec "historycznej konieczności". Bo młody Andrzej Wajda nie tylko walczył o przetrwanie, nie tylko musiał uprawiać ketman. "Kanał" czy "Lotna" to nie było wyłącznie ukorzenie się młodego reżysera przed wymaganiami polityki historycznej PRL. To było także rozliczenie z polskością, do czego Wajda, jak każdy wielki artysta, dawał sobie prawo bez względu na polityczny kontekst. Jego wczesne "obrazobórcze" filmy były buntem młodego człowieka przeciwko polskiej słabości, która jego samego zmusiła do zginania karku.

Ten sam bunt miotał parę lat wcześniej Tadeuszem Borowskim, kiedy po Auschwitz i upokarzającej "dipisowskiej" emigracji w Monachium wrócił do Polski, gdzie usłyszał od kibiców polskości i jej weteranów, że warto być Polakiem, bo czuwa nad nami Opatrzność, bohaterstwo jest przez Nią nagradzane, a zdrada przykładnie karana. I właśnie polemika z tym modelem polskości może najbardziej przesunęła Borowskiego na pozycje stalinowskiego szydercy. W swoich opowiadaniach i artykułach coraz agresywniej pytał Polaków: gdzie był wasz dobry Bóg, kiedy płonęły piece Oświęcimia, gdzie był wasz Bóg, kiedy masakrowano Powstanie Warszawskie, gdzie był wasz Bóg, kiedy "wolny świat" handlował nami w Jałcie? Wasz Bóg umarł, a może nigdy nie żył.

Losy Wajdy były nie mniej dramatyczne niż losy Borowskiego, chociaż zakończyły się happy endem. "Pokolenie" było filmem stalinowskim, ceną świadomie zapłaconą za możliwość rozpoczęcia artystycznej kariery w PRL-u. Bardzo subtelne, nawet w okresie odwilży, zadanie, jakim była ekranizacja politycznie poprawnej stalinowskiej powieści Jerzego Andrzejewskiego "Popiół i diament", Wajda wykorzystał już do ewidentnej estetycznej subwersji. Widzowie jego filmu zapamiętali tragizm AK-owca, podczas gdy postać zastrzelonego komunisty została zepchnięta na absolutny margines. Reżyser wykorzystał naszą naturalną sympatię dla potępionych buntowników i naszą naturalną niechęć dla inkwizytorów, nawet kiedy są obdarzeni błogosławieństwem aktualnej władzy.

Potem władza była coraz słabsza, a Wajda miał coraz więcej swobody. "Ziemia obiecana", "Człowiek z marmuru", "Bez znieczulenia", wreszcie genialny "Danton", na oficjalnym pokazie którego, w Paryżu, sam prezydent Francois Mitterrand opuścił salę kinową obrażony kreacją Pszoniaka-Robespierre’a. Francuscy socjaliści żyli wtedy jeszcze mitem Wielkiej Rewolucji i choć sami byli kawiorową lewicą obsadzającą stanowiska w wielkich francuskich bankach i korporacjach, lubili przeżywać dreszczyk emocji, wspominając nieprzekupnego terrorystę. Wajda, człowiek z Europy Wschodniej, za wiele wiedział o terrorze realnym, żeby cackać się z takimi nostalgiami.

Morał z "przypadku Wajdy"

W finale swojej artystycznej biografii Wajda wypełnił obowiązek, pomścił ojca, na którego jako młody człowiek wielokrotnie musiał się zżymać: za jego nieobecność, za słabość II RP, której ojciec był wiernym żołnierzem i za którą oddał życie.

Realna komplikacja biografii Andrzeja Wajdy, sukces jego prywatnej strategii radzenia sobie z historią, nie umniejsza w niczym bohaterstwa dwudziestolatków, którzy wybrali prosty, heroiczny opór. I zamiast do Łódzkiej Szkoły Filmowej trafili do Wronek czy na Rakowiecką. A ich życie zostało zniszczone. Tyle że wygrywanie jednych biografii przeciwko drugim - a to niestety było istotą polityki historycznej czy pewnego, najgłupszego nurtu polskiej lustracji - jest pozorem sprawiedliwości. Osłabia wspólnotę narodową, a dla niektórych korzystających z "daru późnego urodzenia" jest rzeczywiście wyłącznie drogą przyspieszonej kariery.

Także wielu starców, którzy zradykalizowali się dopiero pod koniec życia, podczas gdy większa część ich biografii też była grą o przetrwanie, utrzymuje swoich uczniów w przekonaniu o łatwym, czarno-białym kształcie polskiej historii. Oczywiście, że ta historia nie może być uwolniona spod moralnego osądu. I ostatecznie lepiej nie być ubekiem. Ale była to jednocześnie historia narodu pozbawionego własnego państwa, własnych instytucji. Gdzie praktycznie każda biografia była rodzajem ketmanu. Grą ze zwycięzcami prowadzoną ze słabszej pozycji. Gdzie za przetrwanie, możliwość pracy, kariery trzeba było zapłacić sporo ze skarbca własnej moralnej czystości.

Do tej pory nie byliśmy zdolni do takiej refleksji. Zwolennicy historycznej amnezji i teoretycy zaangażowanej "polityki historycznej" skutecznie utrudniali nam kontakt z realną polską historią. Którą wszyscy doskonale znamy, ale o której nie ośmielamy się mówić prawdy. Może przypadek Wajdy wyrwie nas z rytuału i choć trochę zmusi do myślenia.