"Butelki zwrotne” powstawały długo. Mogły nie powstać w ogóle?

Zdeněk Svěrák: Groziło nam to, rzeczywiście. Napisałem w 2003 roku trzy albo cztery wersje scenariusza, już mieliśmy wybranych aktorów i niemal rozpoczynały się zdjęcia, kiedy mój syn Janek (Jan Svěrák - przyp. red.) nagle uświadomił sobie, że to ciągle nie jest ten film, któremu chciałby poświęcić kawałek życia. A trzeba wiedzieć, że kiedy on zaczyna pracę nad filmem, to nie robi poza tym nic innego. Można rzec, że to dwa lata naprawdę wyjęte z życiorysu. Pewnego dnia podjął więc decyzję, że wstrzymuje całe przedsięwzięcie i "Butelek...” robić nie będzie. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba.

I wybuchło niezłe zamieszanie.

Nie da się ukryć (śmiech). Narodziny większości czeskich filmów budzą zainteresowanie mediów, a kiedy dzieje się coś szczególnego, do akcji wkracza prasa bulwarowa. Pamiętam ogromne tytuły w brukowcach: "Wojna u Svěráków!”, "Syn zdradził ojca!”. No cóż, rzeczywiście nie byłem zachwycony decyzją Janka, bo moje plany też sypały się w gruzy. Na wiele miesięcy do przodu, na przykład, były już ustawione terminy w teatrze - kto i kiedy będzie za mnie grał podczas mojej pracy nad filmem. Aktorzy też zarezerwowali sobie czas i wypisali się z innych przedsięwzięć. Zważywszy na zaangażowanie całej ekipy, Janek po prostu zrezygnował za późno.

Akceptował pan argumenty syna?

Owszem - kiedy patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, przyznaję mu rację. Reżyser nie powinien się brać za kręcenie materiału, co do którego nie ma stuprocentowej pewności, że jest dobry.

Czego mu brakowało?

Jan musi mieć w każdym filmie coś, co widza chwyci za serce. A tego tam nie było. Początkowo dostałem od niego zadanie, żeby napisać scenariusz do lekkiej, czeskiej komedii. Pisząc, szukałem sytuacji humorystycznych - rzecz rozgrywała się w supermarkecie, przy okienku skupu butelek, były tam różne zabawne postaci, zaś przez cały film bohater Josef Tkaloun - czyli ja, slapstickowo walczył z przyjmującym te butelki automatem, który miał go zastąpić. Na różne sposoby psułem ów automat, aby kierownik sklepu utwierdził się w przekonaniu, że żywy człowiek jest jednak lepszy od maszyny. Nagle okazało się, że Janka bardziej niż supermarketowe żarty interesuje, co się dzieje u Tkalouna w domu. "Czemu nie napiszesz więcej o jego żonie? - pytał. "Dlaczego przypomina jedynie stół pingpongowy, od którego odbijają się twoje dowcipy? Zajmij się tym, co ona czuje, jak na ciebie patrzy, opowiedz, jak to jest po 40 latach małżeństwa”.

Poddał się pan tym sugestiom?

Rzeczywiście, nie chciało mi się tego robić, i kiedy doszło do kryzysu przy realizacji, powiedziałem synowi, że odłożę tekst do szuflady na rok, potem wyjmę i przeczytam jeszcze raz. Tak też zrobiłem. Przy tej lekturze dotarło do mnie, czego scenariusz potrzebuje - i zacząłem wprowadzać zmiany, które Janek sugerował. A przy tym nadal była to przyjemność, nawet bardziej pociągająca - bo przefiltrowana przez poczucie istotności tego, co się robi. To się przełożyło na materię filmową: wyszła komedia, w której główną rolę grają ludzkie zmartwienia. A ów rok spokoju był kluczowy.

Tworzy pan z synem unikalny duet. Nie znam chyba drugiej tego typu rodzinnej spółki. Jak się wam razem pracuje?

Myślę, że z biegiem lat patrzę na tę naszą współpracę jak na coś bajkowego. Zresztą relacja, którą udało nam się stworzyć, nie przebiega już na linii ojciec-syn - to jest normalna przyjaźń dwóch facetów. Kiedy Jan założył własną rodzinę i się z tym na różne sposoby borykał, przestaliśmy się ostatecznie postrzegać w ramach stosunków rodzicielskich. Podobnie jest w kwestiach profesjonalnych, kiedy on funkcjonuje jako reżyser, a ja - jako scenarzysta czy aktor. Przebiega to w większości przypadków całkowicie bezproblemowo. Wierzę mu, on wie, co robi, a przy tym ma tę przewagę nad obcym człowiekiem, że mnie dobrze zna i wyczuwa każdy fałszywy ton przed kamerą.

Skąd taka ogromna popularność "Butelek zwrotnych" w Czechach? To przecież film o ludziach, którzy wyraźnie widzą koniec swojej drogi.

Sami byliśmy zdziwieni tym, że na nasz film wybrali się ludzie, którzy normalnie do kina nie chodzą. Co więcej, ostatni raz byli na jakimkolwiek seansie 20 albo 30 lat temu i nie mieli nawet pojęcia, jak wyglądają współczesne multipleksy. Jakimś sposobem dowiedzieli się, że wchodzi na ekrany film, który jest właśnie dla nich. Kolejne nasze zdziwienie wynikało z obserwacji, że 20-latkowie ciągną na "Butelki zwrotne” swoich rodziców. Często spotykam się zresztą z zabawnymi sytuacjami - ktoś starszy pyta mnie na przykład po spotkaniu autorskim: "Czy pan kiedyś u nas nie był? Czy ja pana nie znam?”. Udało się chyba złapać w filmowym skrócie te wszystkie sytuacje, które stanowią uniwersalne doświadczenie współczesnej starości.

A dlaczego Josef Tkaloun tak dramatycznie i groteskowo zarazem nie chce się zestarzeć? Czemu, jak porządny emeryt, nie siedzi w domu i nie gapi się w telewizor?

Josef Tkaloun nie jest jedynym człowiekiem, którego irytuje własna starość. Nikt nie chce odchodzić, jeśli kocha życie - istotą życia jest działanie, praca, a jeśli jeszcze się ją lubi, to oczywiste, że nie ma się ochoty przestać. Nie mógłbym tego scenariusza napisać, kiedy byłem młodym człowiekiem, chociaż nie opierałem się rzecz jasna wyłącznie na osobistym starzeniu się. Od dawna zbierałem tego typu historie, anegdoty, uważnie słuchałem przyjaciół, trochę fantazjowałem. Zresztą inaczej pisać nie umiem - życie wyraża się anegdotą, powagą zmieszaną z humorem. Po prostu w ten sposób widzę świat.