KATARZYNA NOWAKOWSKA: Pisząc scenariusz "Meduz", rezerwowałaś dla siebie rolę jednej z bohaterek - wiecznie skwaszonej młodej żony. Dlaczego akurat jej?

SHIRA GEFFEN: To po prostu świetne aktorskie wyzwanie. Interesowała mnie właśnie jej słaba strona, jej złość, jej rozczarowanie. Zależało mi też, by dobrze ją sportretować, bo to skomplikowana i ważna dla filmu postać. A któż mógłby ją zagrać lepiej ode mnie, która znam ją na wylot bo... Keren to pod wieloma względami po prostu ja! Oczywiście większość bohaterek "Meduz" ma coś ze mnie, ale ta dziewczyna jest mi najbliższa. Niestety, z powodu ciąży, w której byłam przez większość czasu zdjęciowego, nie mogłam zagrać tej roli. Ale czuję się usatysfakcjonowana sposobem, w jaki zrobiła to Noa Knoller. Kto wie, czy nie jest lepszą mną, niż ja sama...

Keren zirytowana na swojego męża, podejrzewając go o romans z pisarką, która zatrzymała się w tym samym hotelu, mówi, że Dostojewski na pewno nie potrzebował apartamentu dla nowożeńców, żeby coś napisać. Czy z tobą jest podobnie?

Z całą pewnością nie wymagam specjalnej scenerii. Aby pisać, potrzebuję swoich doświadczeń, wspomnień i mnóstwa, mnóstwa czasu. Jestem bardzo powolna, jeśli chodzi o przetrawianie rzeczywistości w taki sposób, by móc coś o niej powiedzieć. Dlatego teraz czerpię głównie z doświadczeń i wspomnień sprzed 20 lat, one już się odpowiednio uleżały w mojej głowie. Może za kolejne 20 lat będę gotowa pisać o tym wszystkim, co dzieje się teraz. Może wtedy wreszcie moje bohaterki przestaną zachowywać się jak dzieci! (śmiech)

Pracujesz nad kolejnym scenariuszem, o czym on będzie? I czy będziesz reżyserować go znów wspólnie z mężem Etgarem Keretem?

Dopiero zaczęłam, więc projekt jest jeszcze bardzo mglisty, ale na pewno będzie opowiadał o dwóch kobietach - Izraelce i Palestynce. Nie wiem jeszcze, jakie będą dalsze losy tego tekstu. Właściwie na początku miała to być sztuka teatralna, chciałam bowiem wrócić do moich teatralnych korzeni, ale w trakcie pisania okazało się, że to, co wychodzi spod mojego pióra, to filmowy scenariusz. Nie wiem, czy to my będziemy reżyserować, a zwłaszcza czy wspólnie. Na pewno chciałabym tym razem przede wszystkim zagrać.

Brzmi, jakbyś nie najlepiej wspominała doświadczenie wspólnej pracy z mężem...

No cóż... wylizujemy się z ran, ale to faktycznie nie było najłatwiejsze. Zwłaszcza że urodziłam naszego syna w ostatnim dniu zdjęć i to było już za wiele: dziecko, praca, całe to napięcie i to, że jesteśmy cały czas razem - w domu, na planie, w studiu, w montażowni. To bardzo męczące dla związku. Jednak jako twórcy niewątpliwie wynieśliśmy z tego korzyść, czegoś się nauczyliśmy. Poza tym dobrze się uzupełniamy - Etgar panuje nad całością, narracją, następstwem zdarzeń, a ja widzę szczegóły: którą ręką pisze bohaterka, jak siada, jaki kolor ma tapeta w pokoju. Jestem jak Batia wpatrująca się z fascynacją w robaka na ścianie (śmiech). Mnie przyciąga to, co poetyckie, obrazowe, intuicyjne. Myślę, że dużo moich wrażeń i wyobrażeń udało się zamknąć w filmie. Także dzięki Etgarowi, który dobrze mnie rozumie, wie, w jaki sposób myślę, jak funkcjonuje moja wyobraźnia.

Wszystkie bohaterki "Meduz" sprawiają wrażenie osób, które utknęły gdzieś ze swoim życiem i nie bardzo wiedzą, co dalej.

Chciałam powiedzieć o tym, jak łatwo ukryć się przed życiem za swoimi własnymi lękami, odizolować się w imię unikania bólu. Niestety, grozi to tym, że po jakimś czasie coraz trudniej jest się zbliżyć do innych i naprawdę coś odczuć. Taka postawa, takie chowanie się w sobie prowadzi do tego, że nawet najbliżsi ludzie - matka, mąż, dziecko nie mają do nas dostępu, stają się obcy. Tym samym klosz, który sobie stwarzamy, staje się naszym więzieniem, jesteśmy zakładnikami w swoim własnym życiu. Obserwuję takie zachowania u wielu znanych mi ludzi, u samej siebie. Niepokoi mnie to.

Dlatego tak trudno rodzicom porozumieć się z dziećmi i vice versa?

Tak myślę, choć nie jest to akurat moim doświadczeniem, ze swoimi rodzicami mam bardzo bliski kontakt. Może dlatego, że sprowadzili mnie na świat, kiedy byli jeszcze bardzo młodzi i przez większą część życia miałam wrażenie, że to ja opiekuję się nimi. Do dziś są raczej moimi przyjaciółmi niż rodzicami... To, co pokazuję w "Meduzach", ten rozdźwięk między Galią a jej córką czy Batią i jej rodzicami, wynika także z różnic pokoleniowych. Pokolenie naszych rodziców wierzyło w różne rzeczy: państwo, socjalizm, judaizm, militarną potęgę Izraela. My raczej wątpimy, szydzimy, nie chcemy się angażować. Myślę, że to jest częstą przyczyną rodzinnych podziałów.

Osamotnienie starszych ludzi jest chyba najbardziej przygnębiającą rzeczą w "Meduzach".

To częsty obrazek na ulicy w Tel Awiwie - starsza pani lub pan w towarzystwie filipińskiej służącej. Mnie ten widok zawsze potwornie przygnębia. I to nie tylko ze względu na to, że ci ludzie sprawiają wrażenie porzuconych, osamotnionych. Zawsze myślę o tych filipińskich kobietach, które zostawiają swoje rodziny, dzieci i przyjeżdżają do nas zajmować się staruszkami, których nikt inny nie chce. Jest w tym wiele cierpienia z obu stron. Kobiety z Filipin stały się stałym elementem krajobrazu, właściwie nikt ich już nie zauważa. A to moim zdaniem wielki problem, to współczesne niewolnictwo - one nie mają praktycznie żadnych praw, są zdane tylko na siebie. Niestety, wydaje mi się, że mało kogo w Izraelu to obchodzi.