Kiedy po znalezieniu Świętego Graala w „Ostatniej Krucjacie” najsłynniejszy filmowy archeolog wszech czasów schodził z ekranu, wydawało się, że będzie to pożegnanie ostateczne. Tymczasem mimo podejmowanych od czasu do czasu prób, jakoś nikomu nie udało się zastąpić aroganckiego archeologa. Owszem, Lara Croft, jako Indiana Jones w seksownych szortach, skutecznie zawładnęła wyobraźnią komputerowych graczy. Ale w kinie, choć ciała z krwi i krągłości użyczyła jej Angelina Jolie, już się nie udało.

Głód przygody z prawdziwego zdarzenia był tak duży, że Hollywood trzy razy infantylnie ożywiało egipskie mumie, a ostatnio do poszukiwań „Skarbu Narodów” zaprzęgło Nicholasa Cage’a. I to nawet dwukrotnie. W końcu George Lucas, który z zamiarem nakręcenia dalszego ciągu kultowej trylogii nosił się od początku lat 90., gdy nadzorował produkcję telewizyjnego serialu „Przygody młodego Indiany Jonesa”, przekonał sceptycznie nastawionych Stevena Spielberga i Harrisona Forda, że warto jeszcze raz wejść do tej samej rzeki.

I okazało się, że naprawdę było warto. I to nie tylko dlatego że na popartym opanowanymi przez LucasArts do perfekcji zabiegami marketingowymi, wznowieniu serii trudno byłoby nie zarobić. Warto było przede wszystkim dlatego że „Królestwo Kryształowej Czaszki” to kolejny dowód na to, że nowe, lepsze prawie zawsze jest wrogiem starego i dobrego. Zamiast na siłę unowocześniać cykl, dostosowywać go do współczesnej mody, Lucas i Spielberg pozostali wierni stylistyce wcześniejszych części cyklu. Ten film wygląda tak, jakby został zrobiony w latach 80. I to wcale nie na zasadzie nostalgicznego autohołdu. Choć z komputerowych efektów Spielberg nie zrezygnował do końca, to jednak postawił przede wszystkim na sprawdzone metody filmowania inscenizowanych „na żywo” kaskaderskich tricków, Janusz Kamiński tak wystylizował zdjęcia, by wyglądały, jakby je nakręcono przed 20 laty, a ton i tempo dokładnie odwzorowują przepisy na przygodowe kino akcji sprzed cyfrowej rewolucji. Zabawa jest tutaj ważniejsza niż rachunek prawdopodobieństwa, efektywność znaczy więcej niż efektowność, a akcja nie pędzi byle do przodu na złamanie karku, dając sporo czasu na drobne poboczne przyjemności: autotematyczne żarty, dowcipne nawiązania, zręczne celebracje.

Scenariusz autorstwa Davida Koeppa wplątujący Indianę Jonesa w grę z radzieckim wywiadem w epoce zimnej wojny nie jest może najwyższych lotów, ale poprzednie części scenariuszową oryginalnością również nie grzeszyły. Za to tytułowa kryształowa czaszka okazuje się doskonałym hitchcockowskim McGuffinem. O ile Arka Przymierza, kamienie Kali, czy Święty Graal odsyłały do religii i mitologii, o tyle czaszka to wyłącznie newage’owy symbol uwalniający opowieść od niezbyt pasującego do współczesności, a znaczącego w poprzednich częściach magicznego kontekstu. Ważniejsze zatem od schwytania króliczka okazuje się to, by go gonić. A na to gonienie pomysłów nie zabrakło. Odwiedzamy znaną z "Archiwum X” Strefę 51, poszukujemy mitycznego Eldorado, przetrząsamy świątynię Machu Picchu, gnamy przez pół świata (czasem staroświecką metodą palcem po mapie), a w międzyczasie nasz ulubiony bohater spotyka kosmitów, przeżywa wybuch bomby atomowej, pędzi motocyklem przez środek biblioteki, skacze amfibią po drzewach, fechtuje rapierem podczas pościgu samochodowego przez dżunglę. Sensu w tym wszystkim zbyt wiele nie ma, ale nie o sens, ani nie o innowacyjność w „Indianie Jonesie” przecież chodzi. Spielberg funduje nam po prostu uczciwą powtórkę z rozrywki, pamiętając o wszystkich obowiązkowych elementach fabuły i pysznie bawiąc się prawidłami konwencji.

Sam bohater także nic a nic się nie zmienił. Indiana jest nadal niepoprawny, nonszalancki, po staremu wychodzi cało z każdej opresji i wciąż panicznie boi się węży, chociaż upływ czasu trochę po nim widać. Spielberg nawet się jednak nie stara maskować wieku 65-letniego Harrisona Forda. Wręcz przeciwnie, sam bohater stroi sobie z tego żarty, zwłaszcza że u boku ma cudownie odnalezionego po latach syna. I choć to motyw żywcem wyciągnięty z mydlanej opery, to w całym uniwersum absurdu i zwariowanego optymizmu mieści się bez oporów. Także za sprawą Shii LaBeoufa, którego z filmowym ojcem łączy wyczuwalna od początku chemia. Dobrze wypadł powrót Karen Allen jako Marion, ukochanej Indiany z „Poszukiwaczy zaginionej arki”, a Cate Blanchett jako radziecka agentka tworzy najbardziej wyrazisty, nieuciekający od przerysowanej karykatury czarny charakter od czasu Bellona z pierwszej części cyklu. Do rodzinnego kompletu zabrakło tylko tatusia, Seana Connery’ego i jego zjadliwego humoru, który tutaj nie zawsze skutecznie neutralizuje białe scenariuszowe plamy, zwłaszcza im bliżej rozczarowującego finału.

I tak jednak twórcom nowego „Indiany Jonesa” udało się humor zbilansować z akcją i przygodą w na tyle właściwych proporcjach, że ożywili atmosferę i styl trylogii sprzed lat. I choć wykształconym na współczesnym kinie akcji widzom, może się „Królestwo Kryształowej Czaszki” wydać zbyt naiwne i staromodne, to jednak to naiwność po swojemu szlachetna, przeniknięta nie tylko kalkulacją na zyski, ale i wiarą, że mimo, iż latka lecą, warto pozostać wiecznym chłopcem.