Gdy w czerwcu 1979 roku Anglicy po raz pierwszy usłyszeli surowe dźwięki debiutanckiego albumu Joy Division "Unknown Pleasures" po obu stronach Atlantyku na listach przebojów niepodzielnie dominował dyskotekowy szlagier "Ring My Bell" Anity Ward. W tym samym czasie za oceanem radiowy DJ Stephen Dahl na znak protestu przeciw popularności disco zorganizował krucjatę Disco Sucks. Podczas jednej z lipcowych nocy na stadionie w Chicago wściekli miłośnicy rocka spalili kilkaset tanecznych płyt.

W Anglii hasła walki z kulturą klubową podchwycili głównie homofobiczni nacjonaliści, jednak przez długie lata na koncertach New Order spora cześć publiki lżyła muzyków i pluła w ich stronę, domagając się nowofalowych piosenek nagranych z Curtisem. Młodzieżowa kontrkultura przez długi czas pozostawała głucha na taneczne brzmienia. Jeszcze w 1986 roku Jim Morrisey z grupy The Smiths w piosence "Panic" śpiewał "spalić disco, powiesić DJ-a". Ale tanecznej rewolucji nie dało się zatrzymać, a New Order zostali obwołani symbolem tych przemian, twórcami kultury klubowej, jaką znamy dziś.

Ian Curtis popełnił samobójstwo 18 maja 1980 roku w przeddzień wylotu Joy Division na amerykańskie tournee. Wydany miesiąc później krążek "Closer" potraktowano jak testament artysty, który z punkowego postulatu całkowitej negacji wyciągnął ostateczne wnioski. Nikt nie wie jednak, jak potoczyłyby się losy Joy Division, gdyby zespół wspólnie z Curtisem wyruszył do Ameryki. Bernard Sumer, Stephen Morris i Peter Hook, którzy postanowili kontynuować muzyczną działalność jako New Order, a w swą wymarzoną podróż wybrali się z rocznym opóźnieniem. Z Nowego Jorku wrócili zafascynowani disco, czarnym funkiem, a także białymi zespołami, które łączyły klubową rytmikę i nowofalowy brud, poczuli witalną energię, której tak brakowało im w ponurym Manchesterze. "Noce spędzaliśmy w klubach Danceteria i Hurrah!, zaś za dnia przesiadywali w hotelu nasłuchując nowych nagrań w radiowej stacji Kiss FM" - wspomina Steven Morris.

Ich sztandarowy utwór "Blue Monday" do dziś pozostaje wizytówką zespołu, nie tylko dlatego, że skala sukcesu piosenki przerosła najśmielsze oczekiwania grupy i wydawcy - Factory. To najlepiej sprzedająca się winylowa dwunastocalówka w historii. A mechaniczne rytmy automatu perkusyjnego w dziejach popkultury znaczą nie mniej niż riff "Satisfaction" czy skowyt Johnny’ego Rottena w "God Save The Queen".

Choć duża część dawnych fanów Joy Division z niechęcią śledziła ich eksperymenty, New Order z każdym rokiem zdobywali nowych wielbicieli. A na nowym szlaku nie pozostawali osamotnieni. Dawni punkowcy odkrywali pop jako platformę artystycznej kreacji, przestrzeń konceptualnej gry, ale też jako wehikuł medialnej manipulacji. Niektórych te zabawy zaprowadziły na granice cynizmu i dobrego smaku, inni to nowe otwarcie potraktowali jako wyzwolenie z rygorystycznej dyscypliny subkulturowych kodów.

New Order nieźle odnaleźli się w tym kontekście, choć stroniąc od jednoznacznych manifestów, przyłączyli się do tej estetycznej rewolucji ukryci za plecami współpracowników. Poza muzyką nową jakość stanowiły okładki ich płyt tworzone przez Petera Saville’a, choćby projekt "Movement" oparty na plakacie autorstwa włoskiego futurysty Fortunato Depero czy front "Power Corruption And Lies" (1983) zderzający XIX-wieczny obraz Henriego Fantina La Toure’a i nowoczesną typografię.

Choć "Blue Monday" czy "True Faith" to dziś dyskotekowe klasyki, New Order nie chcieli jednak tworzyć muzyki wyłącznie do tańca. Nie do końca podzielali też euforyczny optymizm neopopowych konwertytów, których ulubione metafory - przygody, ryzyka, pożądania - niebezpiecznie współgrały ze sloganami głoszonymi przez Margaret Thatcher i Ronalda Reagana. Zamiast głosić jak Frankie Goes To Hollywood "Welcome To Pleasuredome" ("Witamy w krainie przyjemności"), grali obsesyjne death disco.

Wznowienia albumów: "Movement" (1981), "Power Corruption And Lies" (1983), "Low-Life" (1985) "Brotherhood" (1986) i "Technique" (1989) to świadectwo rozdarcia pomiędzy straceńczym modernizmem postpunka i kokieteryjnym postmodernizmem nowego popu, artystycznymi ambicjami nowej fali i hedonizmem sceny klubowej. Rozbuchanej rytmice towarzyszą zwykle melancholijne syntetyczne pejzaże, enigmatyczne teksty Sumnera i melodyczny bas. Bez wątpienia jednak to właśnie dzięki grupie z Manchesteru rockowa inteligencja zwróciła uwagę na tradycje elektronicznej muzyki tanecznej.

"Biały człowiek potrzebuje ecstasy, by tańczyć" - mówił półżartem Morris pod koniec lat 80. Właśnie wówczas cała Europa ruszyła na parkiety, nie tylko za sprawą ich przebojów. W 1982 roku menedżer Joy Division i New Order otworzył w Manchesterze klub Hacienda. Po wielkim sukcesie "Blue Monday" jego twórcy zafascynowani nowojorską kulturą klubową zainwestowali w lokal wszystkie zyski z tantiem i sponsorowali go przez kolejne lata. Pod koniec tamtej dekady to właśnie w Haciendzie i na Ibizie rodziły się brzmienia acid house i brytyjska kultura rave. W lokalu na rogu Whitworth Street West i Albion Street muzyczną edukację zdobyli też nowi młodzieżowi idole - członkowie The Stone Roses i Happy Mondays.

New Order przestali być zakładnikami ponurego romantycznego mitu, stali się heroicznymi pionierami nowej kultury. Szalone bachanalia ery ecstasy doprowadziły jednak niegdyś zdyscyplinowanych postpunkowców na krawędź bankructwa. W 1992 roku na kilka lat działalność zawiesiła wytwórnia Factory, po tym jak wspomniani Happy Mondays przepuścili fortunę na używki i nagranie albumu "Pills And Thrills And Bellyaches". Z roku na rok podupadała też Hacienda, wielokrotnie zamykana po starciach gangów handlujących ecstasy. Nawet u szczytu popularności, gdy do klubu ciągnęły pielgrzymki, muzycy dokładali do jego budżetu kilka tysięcy funtów tygodniowo.

Fundusze New Order podreperował sukces nagranego na Ibizie albumu "Technique", który jako pierwszy w dyskografii grupy dotarł na sam szczyt brytyjskiej listy przebojów. Na Wyspach zespół był już wówczas instytucją i rok później poproszono ich o stworzenie hymnu dla piłkarskiej reprezentacji narodowej. Po burzliwej dekadzie wreszcie doczekali się stabilizacji i zasmakowali zasłużonej sławy. To w końcu oni wyprowadzili brytyjska kontrkulturę z rockowego amoku w stronę tanecznego delirium. Dalszy ciąg historii pisali już jednak młodzi - Aphex Twin, The Prodigy, LFO, Goldie, którzy, zgrabny slogan Sumnera "E is for England" ( E jako skrót ecstasy) potrafili przełożyć na aktualną i świeżą artystyczną wizję.