Najnowszy film Mike’a Leigha pozornie zamienia społeczny realizm na beztroską komedię o codzienności. Pozornie, bo pod komediowym tonem wciąż kryje się troska o losy współczesnego świata. Wszystko w tym filmie podporządkowane jest nietypowemu spojrzeniu na świat brawurowo granej przez Hawkins głównej bohaterki. Poppy nie ma właściwie nic, co w powszechnym przekonaniu czyni człowieka szczęśliwym. Ma 30 lat, od dziesięciu mieszka ze współlokatorką, czasem miewa przygodne związki z facetami, ale nie udało jej się znaleźć takiego, z którym chciałaby dzielić życie. Może wyjdzie jej z sympatycznym i ciepłym psychologiem, którego poznaje w pracy. Jest nauczycielką, uczy dzieci. I sama jak dziecko wciąż ucieka przed dorosłością i odpowiedzialnością. Ze swoją nadekspresją sprawia wrażenie wariatki. Potrafi rozbroić lęki śmiechem, zagłuszyć słodkim szczebiotaniem o niczym. Prawie nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Gdy kradną jej rower, żałuje tylko, że nie zdążyła się z nim pożegnać. Nawet psychopatyczny instruktor jazdy z furią każący jej patrzeć w lusterka, rysujący piramidy nazywane imieniem upadłego anioła Enraha i snujący sataniczne teorie na temat współczesnego świata budzi w niej współczucie i chęć pomocy. Stres Poppy odreagowuje, upijając się z przyjaciółkami, skacząc na trampolinie i tupiąc z pasją na kursie flamenco. Nie zadaje sobie pytania, czy jest szczęśliwa, pyta o to innych zafascynowana życiem, pełna stoickiej wyrozumiałości.

Za jej pogodną afirmacją życia kryje się jednak niepokój podszyty wątpliwością, czy aby na pewno współczesny świat zmierza we właściwym kierunku. To ten sam smutek, to samo zwątpienie, które towarzyszy bohaterom "Sekretów i kłamstw" albo "Wszystko albo nic". Tyle tylko że Leigh ton współczującej obserwacji ciemnej strony życia zamienił na cokolwiek komediową zadumę z pozytywnym przesłaniem. Leigh pokazuje, że wielokulturowość globalnej wioski ma i swoje złe strony. Że ludzie pozornie otwarci zamykają się w swoich własnych światach i gettach, pozwalają paraliżować się mieszczańskimi normami, fobiami, lękami, religijnymi obsesjami. Owszem, kultura jest źródłem cierpień, skazuje na wyobcowanie. Nie ma na to uniwersalnej odtrutki, Leigh podpowiada jedynie, że zamiast utwierdzać się w cierpieniu, trzeba z życia brać pełnymi garściami tyle, ile można.

Leigh opowiada o codzienności, pokazuje, że coś, co wydaje się zwyczajne i szare, może być kolorowe. Życie Poppy toczy się w jednostajnym rytmie pracy, spotkań z koleżankami, wycieczek za miasto, odwiedzin u siostry, cotygodniowych lekcji jazdy. Żadnych niespodzianek, jeśli nie liczyć podszytego egzystencjalnym niepokojem spotkania z szalonym bezdomnym. Ale nawet wtedy nic dramatycznego się nie zdarza, Poppy zwyczajnie potrafi się cieszyć drobiazgami, w drobiazgach znajdować sens, a z kolei inne drobiazgi odrzucać jako zbędny ciężar. Światu może i grozi katastrofa, ale nawet jeśli tak jest, można odejść z uśmiechem na ustach. Tak mówi Poppy swemu sfrustrowanemu instruktorowi. I w tę prostą życiową filozofię wierzy. Leigh, choć z ciemną stroną życia chyba nie do końca się pogodził, zdaje się podpowiadać, że im gorzej dzieje się wokół, tym bardziej trzeba myśleć pozytywnie. Nawet wisząc na krzyżu, można przecież zaśpiewać "Always Look on the Bright Sight Of Life" ("Zawsze szukaj jasnych stron życia"). Poppy szuka i jakoś trudno mieć wątpliwości, że znajdzie. A że w międzyczasie może nadejść koniec świata. No cóż, nic nie szkodzi.

"Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia"

Wielka Brytania 2008, reżyseria: Mike Leigh,
obsada: Sally Hawkins, Eddie Marsan, Samuel Roukin, Alexis Zegerman, Sarah Niles,
dystrybucja: Monolith Plus, czas: 118 min,
premiera: 28 listopada