W pierwszej chwili go nie zauważyłem. Miałem na to zresztą marne szanse, czubkiem słynnego kapelusza nie sięgał ponad blat biurka. Jedynym znakiem, że coś się zmieniło w moim służbowym zakątku Wszechświata na drugim piętrze biurowca przy Domaniewskiej 52 w Warszawie, był dziwny zapach. Coś jakby woń mokrego futra ze słodką nutką, powiedzmy, marmolady. Oryginalny bukiet, ale w końcu koleżanki i koledzy, powracając z imprez promocyjnych na łono redakcji, już nie takie roztaczali wonie.

To uśpiło mą czujność. I może dlatego, gdy ktoś pod biurkiem delikatnie podrapał mnie w łydkę, w panice zerwałem się do ucieczki. Co prawda GROM przeszkolił ochroniarzy na parterze, by nie wpuszczali snobujących się na fanki "Kultury" groupies, ale któraś mogła przecież przeniknąć w przebraniu. Potknąwszy się o coś miękkiego, runąłem na wykładzinę. I wtedy ktoś mruknął mi do ucha, smutny i rozżalony:

- A mówiono, że lubi pan misie...

Wyglądał dziwnie. Dziwnie znajomo. Łepek przykrywał stary kapelusz z szerokim rondem. Ubrany był w zbyt duży znoszony płaszcz, zdecydowanie nie od Gautiera. W ręce ściskał przedpotopową walizkę, z której wystawał przytrzaśnięty kawałek smażonego bekonu. Umorusany marmoladą mokry pyszczek wyglądał przygnębiająco melancholijnie, przywodząc na myśl smutny ryjek mokrego psa. Był to jednak, w rzeczy samej, ryjek mokrego niedźwiadka. I nagle zrozumiałem. Spozierał przecież dokładnie tak samo jak na ilustracjach książek Michaela Bonda. Miś Paddington. Najlepszy w historii Europy import z Peru.

Pełen zapis rozmowy z Misiem Paddingtonem w piątkowym dodatku kulturalnym DZIENNIKA