Antony and the Johnsons "The Crying Light"
Wyd. Rough Trade/Sonic, 2009
Ocena 3/6

Nie ma wątpliwości, że Antony Hagerty ze swoim niezwykłym głosem i pogmatwaną osobowością stał się jednym z najciekawszych odkryć na scenie muzycznej w nowym wieku. Sentymentalny ton jego ballad i poruszające teksty połączyły fanów współczesnego folku, kamerlanego popu, jak również tradycji nowojorskiej awangardy, czy nawet eksperymentalnej elektroniki. Wokół niego skupiły się takie osobowości jak David Tibet, Lou Reed, Björk oraz grupy CocoRosie, Matmos. Po przełomowym „I Am a Bird Now”, brytyjskiej nagrodzie Mercury i licznych gościnnych nagraniach, oczekiwania związane z kolejnym autorskim albumem urosły do ogromnych rozmiarów – niestety sam artysta wyraźnie im nie sprostał.

Słuchając „The Crying Light”, aż trudno uwierzyć zapowiedziom Antony’ego, którego podobno do poszukiwania świeżych inspiracji i odważnych eksperymentów motywowała sama Björk. Tymczasem efekt jest taki, że ze strony samego autora większość utworów jakby została pozbawiona dawnej głębi i dramaturgii, a doskonałe melodie wyparły nieszczególnie błyskotliwe aranżacje przygotowane z orkiestrowym rozmachem przez jego przyjaciela Nico Muhly’ego. Przykładem tego jest nieco przydługa jazzująca ballada „One Dove”, w której Antony czaruje infantylną manierą przy wtórze fortepianu i akustycznej gitary czy żywy „Kiss My Name”, który wytwornie wyglądałby jedynie w repertuarze Rufusa Wainwrighta. Podobnie zresztą w „Epilepsy Is Dancing” jakby w takiej łagodniejszej, konwencjonalnej formie próbuje po prostu trafić do szerszej publiczności. Natomiast bełkotliwe próby z głosem w „Dust And Water” tym razem budzą jedynie poczucie zażenowania, a zamykający album „Everglade” razi tanim baśniowym klimatem niczym z filmów Disneya.

Oczywiście płyta nie jest całkowitą porażką, bo na dziesięć utworów znajdzie się przynajmniej cztery, pięć momentów godnych uwagi. Są niezłe rozwinięcia pomysłów z „I Am A Bird Now” jak chociażby otwierający „Her Eyes Are Underneath The Ground” (na wideo poniżej) czy podniosły „Daylight And The Sun”. I rzekome próby obrania nieco innego kierunku, jak w znanym z zeszłorocznej epki wyciszonym „Another World” oraz nastorojowym i sprawnie zaaranżowanym „The Crying Light”. W tekstach tych utworów również najlepiej zarysowuje się wizja realizowana tym razem przez Antony’ego, który odwrócił się od swoich prywatnych problemów z tożsamością i płcią, a skupił się na naturze i doświadczaniu przez człowieka jedności z otaczającym światem. Jakkolwiek jego spostrzeżenia i opisy nie byłyby banalne, miejscami dobrze budują nastrój całego albumu.

p

W sumie trudno się dziwić, że Antony nie podołał wyzwaniu. Na jego wielki tryumf cztery lata temu przecież złożył się nie tylko sam repertuar, ale również cała artystyczna otoczka, zaproszeni goście oraz kontekst kulturowy. Tymczasem teraz mam do czynienia z kolejnym przyzwoitym albumem artysty, na który przez kilka lat nie znalazł nowego pomysłu ani właściwych współpracowników. Nie zmienia to jednak tego, że o Antonym usłyszymy jeszcze nie raz i z pewnością zachwyci nas podczas marcowego koncertu w Sali Kongresowej.