Recepta jest prosta. Bierze się uroczą wokalistkę o głębokim, schrypłym alcie lub wokalistę o artystowskim image’u z odrobiną Toma Waitsa w głosie, dodaje pianino, skrzypce, akordeon, gitary lub mandolinę, a w roli chóru zatrudnia ekipę klaunów lub... marynarzy grających na bandżo. Trzeba jeszcze doprawić ten cyrk szybką, punkową rytmiką i wymyślić słowa piosenek. Teksty mają tchnąć umiłowaniem wolności totalnej i absurdu. Z offu może je komentować komik lub mim na scenie. Muzyczny kabaret dla mas gotowy.

W USA roi się od grup punkkabaretowych, mieszających tak skrajne gatunki, jak rock i ska z poezją śpiewaną i operetką, wzorowaną na twórczości Kurta Weilla, niemieckim przedwojennym kabarecie i burlesce lat 20. XX w. The Brechtian punk cabaret – tak nazywają siebie The Dresden Dolls z Bostonu, najpopularniejszy zespół nurtu.

Ale punk cabaret ma więcej ojców. Pionierami byli Klaus Nomi, Cab Calloway, Paul Robeson i oczywiście David Bowie. Popowi kabareciarze zaczęli się ujawniać na początku lat 90. W następnej dekadzie nurt rozkwitł na dobre: zaczęło się od kameralnych scen dyskotek gejowskich Los Angeles i klubów bohemy nowojorskiej. Słynny Club 57 był przez lata mekką performerów, a w latach 80. otworzył szeroko podwoje dla gejowskich show. W Parlour Club w Los Angeles bywały rysowniczka Dame Darcy, wokalistka Jill Tracy i Cabinet of Curiosities. W końcówce zeszłego dziesięciolecia Parlour był już rajem dla postmodernistycznych kabaretów żonglujących estetyką transgresji i kiczu.

Duże zasługi w wypromowaniu dark i punk cabaretu miała właśnie Dame Darcy, która wspólnie z Lisą Hammer wymyśliła telewizyjny show „The Turn Of The Century” (New York Public Access). Przez cztery lata, do 1999 r., ich kultowy program w stylu niemieckiego ekspresjonizmu łączył tak różnych artystów, jak Thurston Moore, Queen Itchie czy Bliss Blood, grająca na ukulele reprezentantka nurtu crime jazz. Dziś naśladuje ją m.in. Amanda Palmer, wokalistka The Dresden Dolls.

Trudno także nie docenić wpływu Nico i Lou Reeda na muzykę lat 70. Wówczas oni, a w latach 90. nowojorscy artyści sceny gejowskiej, Phoebe Legere, Joey Arias i Dean Johnson odgrywali główne role w postamerykańskiej kulturze undergroundu. Wielbi ich przecież sam Antony Hegarty. Muza Warhola – Nico – nagrała w 1973 r. czwartą płytę „The End”, w tym samym czasie ukazał się kultowy concept album Lou Reeda „Berlin”. Łatwo dostrzec podobieństwa między nimi, oba krążki wyprzedzają stylistykę dark cabaret i na obu silne piętno odcisnęła sztuka performatywna. Ale postacią, która najpełniej ukształtowała dzisiejsze zespoły z tego nurtu, jest na pewno Ziggy Stardust, androgyniczne alter ego Davida Bowiego.

Jego bohater przybył z kosmosu, był kolorowym jak ptak odmieńcem na planecie szarych ludzików. Miał do spełnienia misję, tak jak Eugene Hutz z nowojorskiego combo Gogol Bordello czy Jack Terricloth z The World Inferno/Friendship Society. Misją Hutza jest łączenie ludzi różnych ras i poglądów poprzez muzykę. Odnalazł swojego Ziggy’ego Stardusta w książkach Mikołaja Gogola.

– Jego proza jest melancholijna, wieloznaczna i głęboka – opowiada w wywiadzie dla „New York Timesa” Hutz. – Tak jak nasza muzyka – dodaje skromnie.

Lider brooklyńskiego The World Inferno/Friendship Society na ostatniej, piątej płycie zespołu pt. „Addicted to Bad Ideas” śpiewa o nieprzystosowaniu. Oddaje hołd niezwykłemu Peterowi Lorremu, ulubionemu aktorowi Bertolda Brechta. Jack Terricloth wręcz utożsamia się z psychopatą o smutnym spojrzeniu, bohaterem filmu Fritza Langa „M-Morderca” z 1931 r., którego Lorre zagrał. Jacka fascynuje jego powściągliwość i autoironiczny dystans, interesuje życie Lorrego jako parafraza twórczości zespołu. Wyidealizowany obraz świata zderza się w niej ze złem, okrucieństwem i cynizmem. Jego drugą fascynacją jest David Bowie. Terricloth pisuje książki i jest erudytą, jednak nie potrafi powiedzieć, o co chodzi w pseudopunkowej muzyce The World Inferno/Friendship Society: to czysta zabawa, żart muzyczny czy pomysł na zjednoczenie fanów wokół idei „more alcohol, more drugs, more anarchy”?

Okazuje się, że ten trick działa, bo na suto zakrapianych koncertach zespołu ludzie rzucają się w wir pogo, a Jack zabiera ich w podróż po dekadenckim Berlinie lat 20., zakamarkach, w których kryją się wampiry, gdzie dobrzy bandyci walczą ze złymi, a za piękny uśmiech warto dać się zastrzelić. Takich komiksowych, czarno-białych historii chcą miłośnicy punkowego kabaretu. I je dostają.

Oto dlaczego Ameryka zwariowała na punkcie The Dresden Dolls i Gogol Bordello. Siła ich oddziaływania jest tak wielka, że Amanda Palmer z The Dresden Dolls zdecydowała się nawet kilka miesięcy temu wydać solową płytę („Who Killed Amanda Palmer”). Nie chodzi tylko o to, że jest popularniejsza od kolegi z zespołu Briana Viglione. To ona gra w tym duecie pierwsze skrzypce: przebiera się w seksowne bikini będące skrzyżowaniem stroju kelnerki i artystki kabaretowej.

p

To ona uwodzi publiczność, schrypłym altem śpiewając i grając na fortepianie liczne covery popowych przebojów – „Umbrellę” Rihanny, „Creep” Radiohead czy „Halleluyah” Leonarda Cohena. Przy okazji zaprasza na scenę inne wokalistki, ostatnio Katy Perry. Jej ironiczno-absurdalne interpretacje tych piosenek nie są niczym rewolucyjnym, ale fani Amandy kochają ów prześmiewczy kabaret. I uważają Palmer za wielką indywidualność.

Tak jak fani Gogol Bordello kochają Eugene’a Hutza za jego sumiaste wąsy i hedonistyczny cygański hymn „Start Wearing Purple”. Amerykanie nazywają ich cygańskim kabaretem surrealistycznym, a Hutza porównują nawet bałwochwalczo do Brechta. Eugene lubi odkrywać w muzyce swojego zespołu drugie dno. Na scenie gasi papierosy na własnym ciele i bije się w głowę mikrofonem, deklaruje, że to próba zwrócenia uwagi na problem niezrozumienia sztuki i jej celów.

– Ludziom generalnie brak przekonania, że to, co artyści starają się przekazać swoją muzyką, jest ważne – zwierza się Hutz „New York Timesowi”. – Tymczasem nie wszystko w sztuce jest ironią, nie można więc na nią patrzeć tylko z szyderstwem. Choć bawimy się tradycją i gatunkami, to prawdziwy sens naszej muzyki skrywa się głębiej – mówi wokalista. Ale gdzie? Tego nie precyzuje.

Gogol Bordello są w Ameryce tak popularni, że wystąpili z Madonną na Live Earth w 2007 r., śpiewając jej przebój „La Isla Bonita”. Hutz chyba stara się nie dostrzegać sprzeczności w tym, że zespół uważający się za undergroundowy koncertuje z królową obmierzłego mainstreamu. Sława nie doskwiera ani jemu, ani Amandzie Palmer, a Jack Terricloth zapytany o kult, jaki otacza jego kapelę, odpowiada cytatem z Cohena „They sentenced me to 20 years of boredom for trying to fight the system from within” (Mój wyrok brzmiał: dwadzieścia lat znużenia. Tak karzą tych, co system zmienić chcą). I chociaż liderzy tych zespołów mają na ustach anarchistyczne hasła, to ich stałą inspiracją są wielożeństwo, śmierć, seks z trupem, zdrada i hedonizm. Eugene Hutz wiele mówi o wielokulturowości i rewolucji w muzyce. Ale gdy krzyczy ze sceny: „Start wearing purple!”, nie myśli się o ukrytych w piosenkach znaczeniach. To po prostu dobra zabawa – tylko tyle i aż tyle.