Kai Meyer "Lodowy ogień" ("Frostfeuer")
przeł. Anna Wziątek
Wyd. Nasza Księgarnia 2009
Ocena 4/6

------------------------------------------------------------

Powieść zaczyna się jak klasyczna baśń – choć już sam fakt zapożyczenia motywu z „Królowej śniegu” Andersena powinien nam dać do myślenia. Oto z odległej, chłodnej twierdzy tejże Królowej – zostaje skradziony magiczny lodowy sopel, fragment serca okrutnej władczyni. Fragment kluczowy, bo dający jej witalne siły. Kto go skradł? Biały orzeł, który wkrótce okazuje się być dziewczyną-czarodziejką.

Meyer w ogóle umie zgrabnie pożyczać: początek daje bajkowy, andersenowski, a potem przeskakuje do świata XIX-wiecznej realistycznej powieści rodem z Dickensa, choć nie w londyńskim, a petersburskim anturażu.

Mamy rok 1893, rosyjskie imperium wciąż trzyma się mocno, choć od czasu udanego zamachu na cara Aleksandra II tajna policja z dużą uwagą infiltruje środowiska potencjalnych terrorystów i wichrzycieli. Mysz, główna bohaterka „Lodowego ognia”, nie jest gryzoniem. Jest 12-letnią dziewczynką, pracującą jako niskiej rangi służąca w luksusowym hotelu „Aurora”. Pozornie nie ma nic wspólnego z politycznym fermentem, jaki wzbiera na rosyjskiej ziemi, zwłaszcza że nigdy w życiu nie opuściła budynku hotelu, nie chodziła do żadnej szkoły i ogólnie jest dość nieszczęśliwym, przestraszonym, nielubiącym siebie stworzonkiem, przypominającym chudego, zaniedbanego chłopca.

Do petersburskiego hotelu przybywają jednak osobliwi goście, którzy diametralnie zmienią życie Myszy. Ci goście to Królowa Śniegu we własnej osobie i niemniej ekscentryczna czarodziejka Tamsin, autorka efektownego rabunku lodowego sopla. W „Aurorze” ma dojść do ostatecznego starcia między nimi, zaś Mysz odegra w tych wydarzeniach rolę decydującą. A przecież to nie wszystko – w całą opowieść wedrze się też realna historia, dziejąca się tu i teraz...

Książka Meyera – skądinąd bardzo przyzwoicie skonstruowana i napisana, trzymająca w napięciu i wprost idealna dla młodego czytelnika – pokazuje też, jakim przemianom uległa literatura dziecięca pod wpływem kina i szeroko rozumianego popkulturowego postmodernizmu. Niemiecki pisarz swobodnie (i zgodnie z oksymoronicznym tytułem) żongluje elementami tradycyjnie do siebie nieprzystającymi, w baśń wplata wątek kryminalny i polityczny, dba o realizm narracji, by zaraz odjechać w efektowną fantastykę, a nade wszystko buduje napięcie godne thrillera, w którym do samego końca nie wiemy, kto pokaże swoje prawdziwe oblicze i którędy przebiega granica między dobrem a złem. Tak w bajkach dotąd nie bywało, ale w kinie rozrywkowym i owszem. W efekcie otrzymujemy dość egzotyczne połączenie Andersena, Dickensa, Dostojewskiego i dobrej powieści sensacyjnej z mrożącym suspensem.

Czy to jest w porządku? Dla mnie jak najbardziej – lubię takie niejednorodne, inteligentnie skompilowane historie. Dwunastolatek wychowany na telewizji i kinie ma zaś szanse nie znudzić się tradycyjną bajkowością – bo jak niby to zrobić, jeśli słodka, roześmiana czarodziejka okazuje się w pewnym momencie wyrachowaną terrorystką?

A przy tym „Lodowy ogień” to też kawałek fajnej prozy o małych dziecięcych problemach, które kiedyś staną się dużymi problemami dorosłych – wstydzie, strachu, nieśmiałości, przełamywaniu własnych ograniczeń, przyjaźni, lojalności, umiejętności podejmowania niezależnych decyzji.

Wniosek z tego wszystkiego jest taki: literatura się zmienia, bo zmieniają się czasy i odbiorcy. Ale nie odbiera jej to siły wyrazu. I to cieszy.

Piotr Kofta

Książkę można kupić w naszym sklepie internetowym LITERIA.pl >>>