Tańcząca z Gruzją
TVP 2, sobota, 14 lutego, godz. 13.15

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jak się zaczęła ta miłość do Gruzji?

Katarzyna Pakosińska: Gruzję zobaczyłam po raz pierwszy w 1987 roku… Pojechałam z zespołem folklorystycznym, aby uczyć się tamtejszych tańców ludowych. Pojechałam i przepadłam! W Polsce było wtedy szaro, bieda, ocet w sklepie. A w Gruzji – bajka. Słońce, ludzie cieszący się życiem i muzyka... Modern Talking! Miałam 15 lat i romantyczna fascynująca Gruzja kompletnie mnie połknęła. Zdobywałam książki o jej historii i kulturze, beletrystykę, płyty. Nawet język rosyjski stał się moim najulubieńszym przedmiotem, bo w nim rozmawiałam z gruzińskimi przyjaciółmi. Uczyłam się w liceum plastycznym i tę moją Gruzję przenosiłam na rysunki, rzeźby. Pamiętam, jak wykorzystywałam przepiękny gruziński alfabet na zajęciach z projektowania. I marzyłam, że znów tam wrócę… Dopiero dwa lata temu to marzenie się spełniło. I tak powstała „Tańcząca z Gruzją”.

W Gruzji także spotkała pani pierwszą prawdziwą miłość?

Cóż, nie wymigam się. Coraz więcej osób zna już tę historię.

Miłość w obcym kraju – brzmi ryzykownie. Nie bała się pani, że podzieli los Dagny Przybyszewskiej (poetki, muzy i żony Stanisława Przybyszewskiego – przyp. red.)?

Absolutnie nie. A na pewno nie 20 lat temu, kiedy moja wiedza z historii literatury była pełna czarnych dziur. No i oczywiście, trzeba pamiętać, że to było moje pierwsze zakochanie i nikt nie miał prawa być jeszcze tak zazdrosny, aby po młodopolsku „strzelać się”.

Jaka więc jest Gruzja widziana oczami Katarzyny Pakosińskiej? A jaką zobaczą widzowie?

Po tylu latach znam już chyba prawdziwe oblicze tego kraju. Pierwsza fascynacja przerodziła się w coś dojrzałego. Jesteśmy jak w starym związku, gdzie kocha się mimo wad… Film na pewno to przekaże. To nie jest wyraz jakiejś mojej misji, szczególnie teraz, gdy Gruzja znów znalazła się w nieciekawej sytuacji. Pokazuję po prostu przepiękny, niewiarygodny kawałek świata. Gruzja jest wciąż nieodkryta, nieopisana.. Mam nadzieję odczarować wiele stereotypów na jej temat, przybliżyć tradycję i historię, ludzi. Podróżuję rowerem, konno, dżipem, pływam łodzią, wspinam się po górach… Byłam jedyną Polką w gruzińskiej ekipie realizacyjnej dowodzonej przez reżysera Sergi Gvarjaladze. Stworzyliśmy razem sześć odcinków. W każdym opowiadam o innym regionie tego kaukaskiego kraju, m.in. przygotowuję najbardziej charakterystyczne dlań danie.

Jaka jest pani ulubiona gruzińska potrawa?

Lobio – potrawa z czerwonej fasoli, z kolendrą, czosnkiem i bazylią. W filmie znajdzie się też m.in. przepis na chaczapuri, czurczchelę, czyli smakołyk z winogronowego soku z orzechami, chinkali… wszystko do przygotowania w naszej kuchni!

Występuje pani w Kabarecie Moralnego Niepokoju, jak znalazła pani czas na film?

Pasja jest pasją… Na to zawsze trzeba znaleźć czas. Jest więc kabaret, jest i Gruzja.

Czy znajdziemy jakieś elementy gruzińskie w skeczach kabaretu?

Wiem, że nieświadomie wplatam te elementy chociażby do mojego ruchu scenicznego, gestykulacji czy tańca. Raz, grając czarownicę, użyłam gruzińskiego zaklęcia. Jeden z najnowszych skeczy – „Me too” – powstał, gdy przed realizacją filmu głębiej „wgryzałam się” w język angielski.

Wkrótce ruszacie w trasę z nowym materiałem. Czego możemy się spodziewać?

Program „Trasasasa” będzie czymś więcej niż typowym występem kabaretowym. Planujemy dwugodzinne widowisko „moralnego niepokoju” z naszą orkiestrą. Skecze, piosenki, monologi w nowej oprawie. Tytuł tournée wziął się z naszej parodii piosenki zespołu Bee Gees. Wchodzimy w klimat lat 70., gorączkę sobotniej nocy. I po raz pierwszy mamy próby.

A kiedy pani znów „Zatańczy z Gruzją”?

– Jestem zafascynowana Wschodem…. Bardzo chciałabym pokazać tę część świata… może wędrując trasą Jedwabnego Szlaku? Proszę trzymać kciuki.