BARBARA BARDADYN: Dokładnie cztery lata trzeba było czekać na nowy album zespołu. Dlaczego?

MACIEJ SZAJKOWSKI*: Tak, zleciało jak z bicza strzelił. Przede wszystkim z powodu koncertów. Mieliśmy długie lata emigracji, a nawet banicji, bo tu mało kto nas wtedy zapraszał. Po wydaniu płyty "Wykorzenienie" w 2005 roku zaczął się młyn. To był najbardziej intensywny okres w naszym życiu. Ktoś obliczył, że w sumie licząc przejazdy, przeloty, zmiany kontynentów, sfrefy klimatyczne, czasowe, to spędziliśmy niemal trzysta dni poza krajem. Poczuliśmy się jak Cyganie, włóczykije, wędrowny tabor muzykancko-sowizdrzalski. Weszliśmy w nomadyczny tryb życia, niczym Tuaregowie z Mazowsza. To wymagało nie tylko gruntownego przestawienia życia prywatnego, rodzinnego i zawodowego, ale też i zmian zegara biologicznego. Zauważyliśmy, że udzielające się nam podczas tych wojaży i koncertów emocje, adrenalina, powodują efekt perpetuum mobile - samoistnie nakręcającej się maszyny, bez której w pewnym momencie nie mogliśmy normalnie funkcjonować. To były festiwale, ale także nagrody, na czele ze słynną Radia BBC 3, która otworzyła nam szeroko drzwi do sal koncertowych i klubów. Ale nie tylko. To był też okres, w którym regularnie lataliśmy za Ocean do Ameryki, Azji, a nawet Afryki Północnej. Siłą rzeczy grając, podróżując, nie było czasu na tworzenie nowego materiału.

No właśnie, jesteście bodaj jedynym polskim zespołem, który tak często i z ogromnym powodzeniem koncertuje na Zachodzie, kilka lat temu zagraliście nawet na prestiżowym festiwalu Roskilde...

...a w tym roku będziemy też może na Glastonbury. Graliśmy jako pierwszy polski zespół na Womad, węgierskim Sziget Festival, Free Colours. Tych festiwali było bardzo dużo, ale były też takie, które w Polsce są jeszcze nieznane, a na świecie poważane, jak Blues & Roots - jeden z najważniejszych festiwali bluesowych w Kanadzie. Dla nas sam fakt znalezienia się na tych imprezach był bardzo prestiżowy i uskrzydlający.

A jak Wasza muzyka przyjmowana jest właśnie w innych częściach świata?

Nasz pierwszy wyjazd był mocno niepewny i stresujący. Zmagaliśmy się z fałszywym - jak się później okazało - przekonaniem, że muzyka Kapeli może być niezrozumiała, nieczytelna, zbyt surowa i przaśna. Okazało się, że wręcz przeciwnie. Na świecie jest zapotrzebowanie na tego typu granie. Istnieje progresywna scena world music. Działają prężne ośrodki skupiające artystów nie tylko z tego nurtu (Peter Gabriel, Micheal Brook, Bruce Springsteen, Robert Plant i inni tworzący w ramach folk i world), począwszy od Portugalii i Hiszpanii, przez Francję i Niemcy, aż po Skandynawię. Są specjalistyczne media, magazyny, takie jak "Folk Roots", "MondoMix", "Song Lines", "Folker", ogromne festiwale. Ludzie poszukują archetypów muzycznych, kulturowych, korzeni. Brytyjski dziennik "Independent" napisał nawet, że to co, robi Kapela jest nowym definiowaniem pojęcia kultury i tożsamości Zachodu w muzyce współczesnej.

Jestem ciekawa, jak zostaliście przyjęci w Japonii, gdzie przecież publiczność jest bardzo wymagająca...

Dotarliśmy do Tokio, Osaki, na Okinawę. Tam z Polski, oprócz Chopina, bardzo celebrowany jest, jak się okazuje, zespół Vader. Japończycy nie mają w ramach muzyki etnicznej aż tak spektakularnego zaplecza, ale Kapeli udało się zaistnieć w paru miejscach. Jednak jest to tam zdecydowanie muzyka dla koneserów, znawców, w przeciwieństwie do Europy czy Ameryki. Był to więc bardziej sukces środowiskowy. Ale tamtejsze media interesowały się nami.

Jeśli dobrze sprawdziłam jedyne kontynenty, na które jeszcze nie zawitaliście to Australia i Ameryka Południowa...

Tak, Nowa Zelandia też... dostaliśmy zaproszenie, ale nie udało nam się tam dotrzeć. Głównie ze względu na terminy. Mieliśmy też mieć koncerty w Indiach i w Pakistanie, a są to dla mnie muzycznie ważne miejsca. Zaproszenia pojawiały się prawie z całego świata, ale nie zawsze udało się dograć terminy. Czasem żartujemy, że powinniśmy się sklonować, albo wysyłać Kapelę bis, czyli skład rezerwowy.

Jak myślisz z czego wynika popularność Waszej muzyki na świecie?

Myślę, że z faktu poszukiwań i niekonwencjonalnych interpretacji ludowych źródeł. Ludzie znakomicie zdają sobie sprawę, że cała współczesna muzyka, z niezliczoną ilością gatunków, musi mieć swoje prapoczątki. My te korzenie staramy się przybliżyć. Drugim powodem jest zainteresowanie naszym krajem i regionem, w czasie, gdy zaczynaliśmy działalność. Teraz Polska nie już tak egzotyczna jak w latach 90., gdy odzyskiwaliśmy wolność, ale muzyką nadal możemy pozytywnie zaskakiwać. Po trzecie, od strony artystycznej ukazujemy tematy inspirowane tradycją, która zawierają pierwiastki uniwersalne, łącząc wiele nurtów muzyki współczesnej i różnych fascynacji każdego z Kapeli. To jest dla cudzoziemców ciekawe, że w oparciu o archaiczne instrumenty i ludowe tematy, udało się stworzyć fuzję brzmieniową, dźwiękowy wulkan eksplodujący wieloma motywami.

Czy w związku z tym można Was nazwać ambasadorami Polski w świecie?

Bardzo nam miło to słyszeć, natomiast my się za takowych nie uważamy. Chcemy podzielić się z innymi naszą pasją. Jeśli muzyką Kapeli interesuje się tak wiele osób na świecie, jest nam szczególnie miło. Nie planowaliśmy i nawet nie spodziewaliśmy się tego w najśmielszych wizjach. Do niedawna uważaliśmy, że muzyka, którą wykonujemy jest ogromnie niedoceniona, zwłaszcza w Polsce. Po czym okazało się, że może ona z powodzeniem funkcjonować w kontekście międzynarodowym.

Istnieje coś takiego jak "warszawska scena folkowa"?

Warszawska może istnieje, aczkolwiek ja byłbym sceptyczny w mówieniu o "scenie". Rozmawiamy o tym w zespole i widzimy jak duża przepaść dzieli jeszcze Polskę od scen zachodnich, które są prężne, zorganizowane, mające kluby, rozgłośnie radiowe, wydawnictwa, serwisy internetowe. Jeśli chodzi o Warszawę to raczej środowisko szlachetnych zapaleńców. Dość trudno jest też określić odbiorcę muzyki folkowej, bo to może być każdy. Na ostatni koncert, który graliśmy w Trójce przyszły dzieci z rodzicami, dzieci kwiaty, studenci, młodzież kontestująca (reggae'owcy, punkowcy, metalowcy), dziennikarze, artyści, ludzie w garniturach, emeryci i kobiety w ciąży (śmiech). Przekrój jest ogromny. Ale tak naprawdę garstka ludzi tworzy podwaliny pod ruch folkowy, robi to konsekwentnie od lat i powoli widać tego owoce.

Warszawa czyni starania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku. Jak oceniasz nasze szanse?

Trzymam kciuki. Warszawa ma wszelkie po temu atrybuty i mówię to zupełnie szczerze. Nastąpiło wiele pozytywnych zmian. Jeśli chodzi o muzykę etniczną to na uwagę zasługuje festiwal Nowa Tradycja Polskiego Radia. Przedsięwzięciem na światowym poziomie jest festiwal Skrzyżowanie Kultur i kilka pomniejszych, jak Etniczne Inspiracje, Ethnopolis, Transetnika. Mamy Muzeum Etnograficzne wspaniale odrestaurowane, gdzie odbywa się cykl Muzyka w Muzeum. Tylko w ramach tej muzyki stolica jest naprawdę wybitnym miejscem. Kiedy zobaczyłem kalendarium festiwali i gwiazd, które mają odwiedzić Warszawę w tym roku, to byłem pełen uznania, ponieważ jest to już poziom europejski.

W porównaniu z innymi miastami Starego Kontynentu czego powinniśmy wstydzić się najbardziej, a z czego możemy być dumni?

Jeszcze 15 lat temu byłem bardzo sceptycznie nastawiony do Warszawy, ale zmieniło się bardzo dużo. Skończyliśmy pierwszą linię metra, a to już jest sukces. Mam nadzieję, że będzie też metro na Pragę, i nie za kolejne 50 lat. Mankamentem jest brak w ścisłym centrum fajnych klubów muzycznych, które byłyby kameralne, na co dzień otwarte dla muzyki, z dobrym repertuarem i niedrogim menu. To jest norma w Europie. U nas jeszcze nie, zwłaszcza w centrum, zwłaszcza w takich miejscach jak Plac Teatralny, który został zamieniony w bankowy bantustan, zaanektowany, jak mówi Jan Nowicki, przez klonów w garniturach. Brakuje też klubów, które pomieściłyby więcej niż pięć tysięcy osób, na duże gwiazdy. Brakuje infrastruktury. Warszawa składa się z dzielnic - wysepek, które niekoniecznie są ze sobą zintegrowane. Nie ma takiego centrum, które żyłoby 24 godziny na dobę. Warszawa jest w ogóle specyficznym miastem, które pustoszeje o godzinie 21., ale to wynika z zapracowania mieszkańców. Nie jesteśmy tego typu społeczeństwem, które spędza wolny czas w knajpach, robi fiesty. Chociaż powoli i to się zmienia. Niestety i poziom wielu knajp, a zwłaszcza ceny, pozostawiają wiele do życzenia. Brakuje takiej enklawy artystycznej. Nie wiem, gdzie bawią się studenci, ale chyba dalej poza akademikami nie mają dużego wyboru. Fajne są miejsca na Pradze, jest Fabryka Trzciny, z drugiej strony Skład Butelek. Trzeba się tam jednak przemieścić w jakiś sposób i tu pojawia się kolejny szkopuł. Brak dobrych połączeń między lewo- a prawobrzeżną Warszawą. Mieszkam na Białołęce i to jest masakra. Fakt, że nie ma jeszcze Mostu Północnego jest skandalem oraz źródłem frustracji i załamań wielu moich znajomych, którzy muszą wyjechać o 6 rano, żeby zdążyć do pracy na 9. Ja się przeniosłem tu ze Śródmieścia, ale na szczęście nie mam tego typu dylematów i dziękuję Najwyższemu, że nie muszę być o 9 w biurze, bo szybko musiałbym się stąd wynieść. Zresztą wielu moich znajomych z Białołęki, Tarchomina, już się ewakuowało. Wolą mniejsze mieszkanie bliżej Centrum, niż po 5 godzin dziennie spędzać w korkach.

Lubisz futbol?

Szczerze - nie za bardzo. Nie lubię się tym egzaltować, ani psuć sobie nerwów. Daleko Polsce do sytuacji normalnej, znanej ze świata, z lig niemieckiej, włoskiej czy angielskiej, gdzie kluby są mocne i funkcjonują na pewnym poziomie, a tego o mojej drużynie, czyli Polonii Warszawa, nie mogę powiedzieć. Skończyłem Szkołę Mistrzostwa Sportowego przy Konwiktorskiej. Widzę, że ten klub z pięknymi tradycjami ma poważne problemy finansowe, a miasto raczej nie pomaga. Sytuacja jest taka quasi azjatycka, ale w wydaniu postsowieckim, niestety. Do tego te niekończące się afery korupcyjne, bandytyzm na stadionach - mnie to wszystko mierzi.

Zapytałam o to w kontekście organizacji przez Polskę i Ukrainę EURO 2012...

Polska piłka na fatalną podstawę. Ludzie nią zarządzający są prymitywami, nawet jeśli bywają w świecie. W ich przypadku to jest wyjątek od reguły, że podróże kształcą, tzn. kształcą, ale ludzi wykształconych, a trudno ich za takich uznać. Ci działacze przypominają bandę troglodytów, których nikt nie jest w stanie oświecić. To jest jedna wielka prywata. I niestety jestem pełen sceptycyzmu w tym temacie.

W takim razie zostawmy to i wracając jeszcze do zespołu, na początku marca gracie jeden koncert w Anglii, a co dalej?

Na razie skupiamy się na działaniach promocyjnych. Ale koncertów będzie na pewno więcej i będzie ich też więcej w Polsce.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

* MACIEJ SZAJKOWSKI - założyciel Kapeli ze Wsi Warszawa, grający na bębnie mazowieckim, tabli i dhaloku; popularyzator muzyki etnicznej.