Choć Marcel Reich-Ranicki ma już prawie 90 lat, wcale nie spuszcza z tonu. Niedawno drugi program niemieckiej telewizji publicznej ZDF postanowił uhonorować najsłynniejszego w Niemczech krytyka literatury specjalną nagrodą. Na uroczystej gali byli wszyscy najważniejsi ze świata polityki, mediów, kultury, biznesu. Gdy na scenie pojawił się pokasłujący staruszek w wielkich okularach, powitała go owacja na stojąco. Ale on zamiast wygłosić zwyczajowe podziękowania, powiedział: "Nie przyjmuję tej nagrody. Poziom telewizji stał się dziś żenująco niski. Nie chcę mieć z tym towarzystwem nic wspólnego". Następnego dnia zaczęła się ogólnonarodowa dyskusja na temat reformy telewizji. Kim jest człowiek, który ma w Niemczech tak wielką siłę rażenia? Gerhard Gnauck w biografii "Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata", która pod koniec kwietnia ukaże się w Polsce, przygląda się uważnie pierwszym 40 latom jego życia.
Jeszcze 10 lat temu można było ograniczyć się do określenia "papież literatury". Uczył Niemców czytać książki, a potem jako gospodarz kultowego
programu telewizyjnego "Kwartet literacki" dowcipnie i ostro o nich dyskutować. Każdy Niemiec ma przynajmniej mgliste pojęcie o audycjach, w których swoim kłótliwym
skrzeczącym głosem wydawał wyroki: ta książka jest nudna, a tamta wspaniała. Ale odkąd przeszedł na emeryturę, jego sława rozkwitła. W 1999 r. wydał autobiografię "Moje
życie", która rozeszła się w milionowym nakładzie. Niebawem wchodzi na ekrany jej filmowa wersja. Reich-Ranicki jest już kimś więcej niż tylko nauczycielem literatury czy
humanistycznej erudycji. Otacza go już cześć niemal religijna.
Między innymi ze względu na swoją biografię. Ten polski Żyd z Włocławka, urodzony w rodzinie o silnych związkach z kulturą niemiecką, w czasie wojny jak miliony jemu podobnych padł ofiarą
niemieckich zbrodni. Jako dwudziestoletni chłopak był w warszawskim getcie. W lutym 1943 r. uciekł na drugą stronę razem ze świeżo poślubioną żoną Tosią.
Jednak w przeciwieństwie do wielu Żydów o podobnej biografii nigdy nie odczuwał chęci zemsty. Nawet więcej, on ze swadą opowiada, jak w getcie czcił Goethego i Mozarta. Trudno się więc
dziwić, że po wojnie Niemcy przyjęły go z otwartymi ramionami. Człowiek, który był moją ofiarą, teraz staje się moim dobroczyńcą, odtwarzając i propagując moją kulturę. Reich-Ranicki,
będąc symbolicznym "papieżem", udzielił Niemcom symbolicznego rozgrzeszenia. A że do tego był piekielnie inteligentny i miał niespotykany temperament, stoi teraz na
najwyższym cokole.
Wydawcy kręcili nosem. "Przecież on już właściwie czeka na wniebowzięcie" - mówili. Ale nie byłem pierwszym demaskatorem. Już w latach 90. zaczęto otwierać archiwa PRL,
okazało się, że pomiędzy końcem wojny a wyjazdem do Niemiec w 1958 r. przyszły krytyk robił szybką karierę w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, czyli ówczesnej ubecji. Przez
niemieckie media przetoczyła się wielotygodniowa debata. Reich-Ranicki bronił się jak lew. Grał ostro. "Kiedyś w getcie baliśmy się szmalcowników, którzy za pieniądze sprzedawali
Żydów hitlerowcom. Teraz są dziennikarze śledczy" - kpił publicznie.
Jego obrońcy zamykali krytykom usta przy pomocy trzech argumentów. Po pierwsze my, Niemcy, nie mamy moralnego prawa, by osądzać Żyda, który przeżył getto. Po drugie urodzeni po wojnie w
ogóle nie powinni zabierać na ten temat głosu. Po trzecie wreszcie nie mamy pojęcia, czym był stalinizm w krajach takich jak Polska. Jakby na podsumowanie tej debaty Reich-Ranicki wydał swoją
autobiografię, w której prześlizgnął się po niewygodnych dla siebie tematach. Moim zdaniem nie udało mu się rozgonić chmur, które zgromadziły się nad jego życiem. Postanowiłem bliżej
im się przyjrzeć.
Żyd Marceli Reich przeżył ostatnie półtora roku wojny w ukryciu. Gdy koszmar się skończył, stanął po stronie komunistycznej władzy. Złożył podanie o przyjęcie do Ministerstwa
Bezpieczeństwa Publicznego. Zgodnie z sugestią przełożonych przybrał polsko brzmiące nazwisko Ranicki. Pracował na Śląsku jako wojskowy cenzor, a później jako pracownik biura rewindykacji
i odszkodowań wojennych w Berlinie. Następnie przeszedł do MSZ i wylądował w Londynie na stanowisku konsula. Wcale nie porzucił jednak etatu w bezpiece i był faktycznym rezydentem wywiadu
komunistycznej Polski. Wszystko to w czasie, gdy na wyspach działał konkurencyjny wobec komunistów rząd RP na uchodźstwie, a Londyn był centrum polskiej powojennej emigracji.
Najważniejsze nie jest to, co ktoś zrobił, ale jak się do tego ustosunkowuje po latach. A papież literatury nie mówi całej prawdy o swojej biografii. Najpierw milczał na temat ubeckiego
rozdziału swojego życia. Gdy wyszedł on na jaw, Reich-Ranicki twierdzi, że zakończył mariaż ze stalinowcami na własną prośbę w 1950 r. W autobiografii napisał, że był przerażony
postępującym zamordyzmem, procesami politycznymi oraz antysemickimi i antyinteligenckimi akcentami. Z dokumentów, do których dotarłem, wyłania się jednak inna wersja wydarzeń. Według niej
rezydent Ranicki został odwołany z Londynu, a następnie wyrzucony z dyplomacji i partii. Powód nie jest do końca jasny. Być może chodziło o to, że podkręcił swój życiorys, wstępując do
służb. Pisał wówczas, że przed wojną należał do Komunistycznej Partii Niemiec, co nie było prawdą. Mógł też paść ofiarą walk frakcyjnych. Poza tym rozsypała mu się siatka agentów.
Jego przełożony gen. Wacław Komar pisał w tamtych dniach: "W Londynie nie jest dobrze. Siedzi tylko rezydent i sekretarka". Niezależnie od prawdziwej przyczyny degradacji
Ranicki długo nie mógł pogodzić się z tym, że jego kariera polityczna legła w gruzach. Dlatego za wszelką cenę próbował wrócić na łono PZPR. Pisał odwołanie za odwołaniem. Na tym tle
udawanie dziś ukrytego dysydenta w stalinowskiej aparaturze jest nieprzyzwoite.
Ostatnio opinię publiczną elektryzowała sprawa pisarza Milana Kundery. A chodziło przecież tylko o jeden donos. Tu mamy do czynienia z kimś, kto robił karierę w służbach specjalnych. Mało
tego. Mam mocne przypuszczenie oparte na kilku poszlakach, że w czasie swojej kilkumiesięcznej pracy w 1946 r. w Berlinie był "uchem bezpieki" w delegaturze biura rewindykacji i
odszkodowań wojennych. Podejrzewam, że pisał donosy o swoich kolegach pod pseudonimem "Platon". O tym, że ktoś jest leniwy, spekuluje walutą albo ma reakcyjne poglądy.
Widziałem te donosy. Ich treść mogła wielu osobom bardzo zaszkodzić.
W czasie prac nad książką rozmawiałem z moim bohaterem kilkakrotnie. Temat teczkowy zawsze wyraźnie go irytował. Ale nie rzucał słuchawką i nie wypraszał mnie za drzwi. On stosuje metodę
kija i marchewki. Gdy dowiaduje się, że ktoś o nim pisze, próbuje usidlić delikwenta. Zaprasza do domu, jest ujmujący. To często działa. Kilka lat temu polski pisarz Antoni Marianowicz,
który również przeżył warszawskie getto, wydał swoje wspomnienia. Pojawiło się tam zdanie, że Reich-Ranicki nosił czapkę kolaborującego z Niemcami żydowskiego policjanta. Panowie
spotkali się i Marianowicz usunął passus z kolejnego wydania.
Rozmawialiśmy wiele razy. Ale zawsze na jego warunkach. W tych rozmowach mówił o tym, o czym chciał mówić. Ale gdy temat zaczynał go irytować rzucał: "Panie Gnauck! Pan chce mnie
dręczyć!". Albo ni stąd, ni zowąd wstawka typu: "Panie Gnauck! Ja bardzo złe rzeczy o panu słyszałem!".
W powojennych Niemczech znalazł za to bezpieczną przystań. Między siebie i Polskę spuścił jakby jakąś matową szybę. Kraj nad Wisłą zatrzymał się dla niego na latach 50., może nawet
30. Ale jeden element polskości zostanie w jego życiu do końca.
Gdy w czerwcu gościłem we frankfurckim domu Reicha-Ranickiego, zadzwonił telefon. To był jego syn Andrzej Aleksander Ranicki, dziś 60-letni brytyjski matematyk Andrew Alexander mieszkający na
stałe w Edynburgu. Żona Tosia nacisnęła guzik zestawu głośnomówiącego, a ja stałem się mimowolnym świadkiem rozmowy papieża niemieckiej literatury z jego najbliższymi, która odbywała
się... najpłynniejszą polszczyzną.
*Gerhard Gnauck, korespondent dziennika "Die Welt" w Polsce. Jego książka "Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata" ukaże się pod koniec kwietnia nakładem wydawnictwa W.A.B.