Polski podróżnik zamieszkały w RPA (rocznik 1935) po kilku zbiorach opowiadań osadzonych w realiach Afryki Południowej powraca w nowej książce do przeżyć z czasów ostatniej wojny. Miał wtedy kilka lat. Istotne wydaje się więc pytanie, dlaczego tak późno sięgnął do tych wydarzeń?

Być może opowiedzenie tych historii wymagało spojrzenia z oddali, innej perspektywy – czasowej, politycznej, kulturowej, geograficznej czy wreszcie biologicznej. Narracje czekały na odpowiednie ukształtowanie.



Od politechniki do Afryki

Wojciech Albiński jest z zawodu geodetą, absolwentem Politechniki Warszawskiej. W 1956 r. brał udział w zakładaniu dwutygodnika literackiego Współczesność, gdzie publikował wiersze i felietony. Siedem lat później wyjechał z Polski, najpierw do Paryża, później do Genewy, a następnie do Afryki. Przez wiele lat mieszkał w Botswanie, a następnie osiadł w Republice Południowej Afryki. Kilka wierszy opublikował w paryskiej Kulturze. Jako pisarz zadebiutował w wieku 68 lat. W 2003 ukazał się jego pierwszy zbiór opowiadań "Kalahari", za który otrzymał Nagrodę Literacką im. Mackiewicza oraz nominację do nagrody Nike. Potem wydał m.in. "Królestwo potrzebuje kata", "Antylopa szuka myśliwego" i "Lidię z Kamerunu". Wszystkie książki poświęcone były problematyce afrykańskiej. Dopiero teraz wspomnienia z Polski przełożył na prozę.

W kwestii lat 1939 – 1945 wybrzmiały ważkie głosy w wielkich formach: powieściach i dziennikach. Albiński dołącza do tego dyskursu swój oryginalny, nienarzucający się głos – lapidarne nowele. Tak naprawdę tytuł "Achtung! Banditen!" jest bardziej krzykliwy niż cała książka.



Dekonstrukcja wojny

Autor "Kalahari" opowiada o wojnie pod wieloma względami w odmienny sposób – przedstawia nie walczącą Warszawę, ale podmiejskie wówczas Włochy. Nie gorzki świat dorosłych, lecz nieświadomość dziecka, wreszcie nie mit powstańców, tylko codzienność zwykłych ludzi, którzy nie wzięli udziału w walkach, co najwyżej słuchają o nich opowieści, oglądają wywiezione ze stolicy przedmioty, patrzą na powstanie z dachów swoich domów. To jakby dekonstrukcja pisania o wojnie, jej reinterpretacja. Pisarz z niezwykłą dokładnością odtwarza przechowane w pamięci codzienne zdarzenia jak filmowe kadry oraz topografię pochłoniętego przez wojenną pożogę miasta, proponując w ten sposób nowe ujęcie tematu. Tuż przed podwieczorkiem babka znad przygotowywanego tortu z kremem wyjaśnia, co myśli o "tym Herr Hitlerze". Jest przekonana, że tembr głosu wodza III Rzeszy źle wróży. Wakacyjny odpoczynek zostaje zakłócony przez wybuch zbrojnego konfliktu. Wkrótce rodzinę czeka przeprawa przez Bug i powrót do stolicy.


Przyjęcie perspektywy dziecka, które jest wnikliwym obserwatorem – o czym dorośli często zapominają – pozwoliło spojrzeć na wojnę z perspektywy nieskażonej wyobraźni, percepcji kilkulatka dopiero uczącego się życia. Posługuje się przy tym techniką wywiedzioną z filmowej narracji, buduje napięcie, opowiadając wydarzenia jakby kadr po kadrze – na przykład w scenie spaceru małej Krysi S., która niespodziewanie znalazła się w towarzystwie niemieckich oficerów, co uchroniło ją przed łapanką.



Zakamarki okrucieństwa

Mimo lapidarnego, beznamiętnego języka absurdy i okrucieństwa wojny wdzierają się w opowieści Albińskiego zakamarkami. Tak jest w tytułowej noweli, której bohater, mały chłopiec, mimochodem przysłuchuje się opowieści o gwałcie Kałmuków na nastoletnich sanitariuszkach, któremu nie zapobiegli niemieccy żołnierze. Zderzenie niewinności dziecka z niepojętą przemocą stało się sposobem na przekazanie grozy tamtego czasu. Ale jednocześnie bohater to chłopiec, którego nawet w wojennej zawierusze po dziecięcemu ciekawi, jak łamie się lód na kałużach albo jak szybko pali się klisza filmowa z niemieckich magazynów.

Twórczość Albińskiego to budujący przykład literatury, która nie podąża za modą i trendami i jest samoświadoma. Autor "Achtung! Banditen!" dobrze wie nie tylko co, ale i jak napisać. I potrafi ubrać tę wiedzę w słowa.