Kiedy Martina Zbořilová wyjeżdżała w 1994 roku do USA, urządziła mały pożegnalny wieczorek. Mieszkałem niedaleko, moja ówczesna przyjaciółka była jej dobrą koleżanką, zaś sama Martina studiowała scenopisarstwo w szkole filmowej o rok niżej ode mnie. Wobec tego również zostałem zaproszony. Martina opowiadała o tym, jak bardzo się cieszy z możliwości wspólnego życia ze swoim amerykańskim małżonkiem, z kalifornijskiej pogody, a potem, jakby mimochodem, spytała, czy nie mam przypadkiem telefonu do Miloša Formana. Nie miałem. W duchu zastanawiałem się, do czego jej potrzebna ta informacja. Chce mu dać do czytania swój dyplomowy scenariusz?

W owym czasie Martina była wiele lat z Karelem Gottem, słynnym czeskim piosenkarzem, który cieszył się szczególną popularnością w Niemczech. Wiedzieliśmy, że pociągają ją starsi, sławni mężczyźni, wszelako na jej drodze na szczyt wielu ich już nie zostało. Kto może być większy od czeskiego Franka Sinatry? W żartach proponowaliśmy jej Václava Havla, a czasami, nieco złośliwie - ale to prawda - Miloša Formana, chociaż jego akurat tylko dla jaj. Wszystko to były takie studenckie docinki i dowcipasy. Ostatecznie rozumieliśmy, że Martina znalazła wreszcie porządnego amerykańskiego chłopa, wyjdzie za niego, zostanie członkinią wyższej klasy średniej i będzie z nostalgią wspominać piękne lata spędzone na praskiej FAMU.

Kiedy dotarła do nas informacja, że Martina związała się z Milošem Formanem, zaparło nam dech. Kiedy wyszła za niego za mąż, piliśmy jej zdrowie i kręciliśmy głowami z niedowierzania. Myślę, że w pewnym sensie przebudziliśmy się z jakiegoś snu.

A potem miała miejsce kolejna niezrozumiała dla nas rzecz: Martinie, absolwentce scenopisarstwa, która studiom pisarskim poświęciła pięć lat życia, małżonce jednego z najsłynniejszych współczesnych reżyserów, przed 10 lat w Ameryce nie skierowano do produkcji ani jednego scenariusza. Według jej scenariusza nie powstał żaden film. Nikt nie rozumiał, jak to możliwe.

Miloš Forman przez całe studia był dla nas źródłem czarodziejskiego, dziwnego przyciągania. Bóg wie, czemu sądziliśmy, że mógłby nam pomóc dostać się do Hollywoodu. Nikt nie mówił tego głośno, ale tak było. Nie mieliśmy jasności, jak pan Forman mógłby to przeprowadzić, ale gdzieś w zakamarkach duszy tliło się przeczucie, że to właśnie on jest owym butem wstawionym w drzwi amerykańskiego przemysłu filmowego. Co ciekawe, żaden młody czeski pisarz nie oczekiwał, że Milan Kundera pomoże mu publikować we Francji, podczas gdy z osobą Formana tego rodzaju nadzieje niewątpliwie wiązano. A potem wydarzyła się ta historia z karierą pani Martiny!

Wyciągnęliśmy z owych wydarzeń następujące dwa wnioski:
- Po pierwsze, nigdy nie lekceważ kobiecych zamiarów;
- Po drugie, łatwiej jest się ożenić z Milošem Formanem, niż nakręcić hollywoodzki film.

Jakoś nas to uspokoiło. Jeśli małżonka jednego z największych nie kręci, to logiczne, że my też nie. Potem zaś zajęliśmy się robieniem filmów, Martinie urodziły się bliźnięta, a wszystko zyskało inny, nowy wymiar. Dzisiaj już oczywiście wiemy, że pan Forman nie interesował jej jako reżyser, ale raczej jako człowiek i mężczyzna.
Być może miałem więcej napisać o filmach Miloša Formana, ale mam z tym podobny problem jak Martina - widzę w nim bardziej człowieka, mniej zaś reżysera filmowego. Nie wyczekuję jego najnowszego filmu, chociaż parę z tych starych ogromnie poważam, nie tylko z tego powodu, że są doskonałe ("Odlot", "Czarny Piotruś", "Pali się, moja panno").

W sposób oczywisty bliski jest mi "dokumentalny styl" opowiadania w jego wczesnych komediach i bardzo cenię upór, z jakim wciąż poszukuje bohatera, który będzie walczył ze społeczeństwem i całym światem. Cieszę się, że Forman istnieje, chociaż niczego już od niego nie oczekuję.

Jest jeszcze jedna istotna kwestia. Autor "Amadeusza" zapunktował w kategorii, w której zazwyczaj wygrywają Polacy albo Grecy - stał się zarazem emigrantem i człowiekiem sukcesu. To w przypadku Czechów rzadki przypadek. Powodzenia emigracji nie mierzy się tym, czy udało ci się odnieść sukces za granicą. Emigracja to stan wewnętrzny, emocjonalny, który wymaga pewnej szczególnej konfiguracji duszy. Panu Formanowi udało się to znaleźć.

W czeskich kręgach intelektualnych jest uważany za faceta, który zyskał powodzenie, ale nie wpadł w sidła zobowiązań, pożyczek i elitarnego stylu życia, zmuszającego człowieka do wykonywania pracy, której wykonywać nie chce. U nas ma opinię wolnego ducha, Czecha, tyle że w Ameryce. Jaką opinię ma w Stanach, nie wiem. Mam nadzieję, że jak najlepszą. I w Polsce także. A jeżeli jego ostatni film wyda wam się niedostatecznie doskonały, pamiętajcie: łatwiej się ożenić...