Krzysztof Varga napisał: „»Król« wybebesza nam wnętrzności i grzebie głęboko w naszych sumieniach”. Ja się z tym zgadzam, ta powieść robi coś bardzo mocnego z emocjami czytelnika. Czy żeby napisać taką książkę, samemu trzeba się emocjonalnie wybebeszyć?
Pamięta pani scenę z ciałami dzieci na piasku? Kiedy piszę o utracie dzieci, muszę jakoś myśleć o swoich synach, bo jeśli chcę wywołać w sobie prawdziwe emocje, muszę to wszystko odnieść do siebie. Napisanie takiej sceny zajmuje mi parę dni, ale nie znam innej metody pisania. To, co robię, przypomina aktorską metodę Stanisławskiego, która zakłada wywoływanie w sobie autentycznych emocji, żeby wiarygodnie je oddać na scenie. Jako pisarz jestem zresztą naturszczykiem. Nigdy nie studiowałem literatury ani żadnych filologii, nie znam teorii literatury i omijam to wszystko szerokim łukiem. Piszę intuicyjnie, a w związku z tym potrzebuję wiarygodności emocjonalnej. To sprawia, że bardzo przeżywam swoje książki.

Pisanie czyni emocjonalnie bezbronnym?
Pisanie niszczy życie. I to nie tylko piszącemu, ale również ludziom mu bliskim.

Jak pan to rozumie?
Już nie jestem w stanie odróżnić, co jest naturalną cechą mojego charakteru, a co jest efektem pisania. Czy ja zawsze byłem tak nieznośny, jak jestem teraz? Czy to jest efekt mojej pracy? Nie wiem. To się zresztą stapia w jedno. Mój charakter kształtuje się pod wpływem mojej pracy, moja praca z kolei wynika z mojego charakteru. Tu chyba nie da się postawić granicy.

Co to znaczy, że „przez pisanie jestem nieznośny”?
Z kimś, kto pisze, bardzo trudno jest żyć. Jakoś współczuję moim dzieciom, że ich ojciec nie ma normalnego zawodu. Już sam rytm mojej pracy uniemożliwia normalne życie. Żeby w ogóle zacząć książkę, muszę wyjechać.

I dokąd pan wyjeżdża?
Ostatnio do Berlina. Jest tam taka piękna willa nad jeziorem Wannsee, którą zajmuje Literarisches Colloquium Berlin, funkcjonuje jako dom pracy twórczej. To są dalekie, bardzo spokojne przedmieścia, w okolicy jest tylko jedna restauracja, jakiś sklep, nic więcej. Kiedy tam jestem, nie spotykam nikogo. Mam w Berlinie paru znajomych, ale wtedy nikomu nie mówię, że jestem. Przyjeżdżam i siedzę tam po cichu sam ze sobą. Dopiero wtedy jestem w stanie osiągnąć stan skupienia potrzebny do tego, żeby zacząć.

Zacząć jest najtrudniej?
Tak, bo najpierw muszę znaleźć właściwy język dla książki. Szukam jej brzmienia, rytmu, tempa. Nie jestem w stanie zrobić tego w domu.

Czasem potrzebny jest pewien rytuał. Coś, co pozwala przełamać lęk przed pustą kartką.
Tak do końca nie wiem, czy to wszystko nie jest moją fanaberią. Ale sama zdolność mózgu do pisania jest stanem tak delikatnym, że gdybym nagle doszedł do wniosku, że do rozpoczęcia książki muszę sobie ogolić głowę i zafarbować ją na niebiesko, to pewnie zrobiłbym i to.

No a potem?
Kiedy mam już powiedzmy 50 stron, w których udało mi się znaleźć język powieści i jej tempo, mogę pisać w domu. Ale wtedy muszę to robić codziennie, po 10–12 godzin dziennie. Jeśli zrobię sobie jeden dzień przerwy, na przykład w weekend, tracę koncentrację i żeby wrócić do pisania, potrzebuję znów dwóch–trzech dni rozbiegu. Więc nie robię. W dodatku, żeby wytrwać przy biurku przez 10 godzin, muszę utrzymywać się w permanentnym poczuciu winy, wiecznie wmawiać sobie, że danego dnia zrobiłem za mało i niewystarczająco dobrze. Trudno wytrzymać z człowiekiem, który żyje w taki sposób.

Ale potem przychodzą nominacje do prestiżowych nagród literackich. To nie cieszy?
Kiedy „Morfina” została nagrodzona Paszportem „Polityki”, nominowana do Nike i nagrodzona przez czytelników z okazji plebiscytu Nike, sprawiło mi to wielką radość, ale teraz już jakoś mniej.

Czy ten permanentny stan napięcia jest w stanie zniwelować na przykład alkohol? Pamiętam wywiad, w którym powiedział pan, że to najlepszy wynalazek świata...
Alkohol bardzo pomaga wieczorem. To ten moment, kiedy wiem, że dzień się zamknął. Nie jestem w stanie pracować nawet po jednym kieliszku wina, więc kiedy nalewam sobie wino, wiem, że mam szychtę za sobą i teraz się zaczyna ta krótka, ale przyjemniejsza część dnia, kiedy mogę odpocząć. Alkohol uspokaja i ucisza jazgot w głowie.

Bohaterowie „Króla” kochają alkohol, kokainę i pistolety. Kochają też samochody, szampana, garnitury szyte na miarę u Zaremby, wykwintne jedzenie i drogie burdele. To odrażające typy, ale ich świat ma jakiś pociągający sznyt. Co właściwie tak nas fascynuje w powieściach gangsterskich?
Może to kwestia podświadomego marzenia o sile i świecie, w którym można wymierzać sprawiedliwość w prosty sposób. O świecie prostych i okrutnych zasad. Wie pani, jest takie powiedzonko, że są tacy ludzie, którzy żyją tylko dlatego, że morderstwo jest nielegalne. Być może nasz pociąg do historii gangsterskich jest tym samym pociągiem, jaki mamy do literackich czy filmowych światów postapokaliptycznych. To są światy całkowitej dezintegracji społeczeństwa, w których możemy liczyć tylko na siebie. W pewnym sensie gangsterskie historie to podobna sytuacja.

W powszechnym wyobrażeniu czas przedwojny jawi się nam dziś jako rzeczywistość względnej harmonii. Tymczasem światem pana powieści rządzą mrok i chaos. Tutaj śmierć człowieka jest tak samo banalna i plugawa jak całe jego życie. Kum Kaplica jest bandziorem, ale to on sprawuje faktyczną władzę w żydowskiej części Warszawy.
Tata Tasiemka, gangster, który stał się pierwowzorem Kuma Kaplicy, był bojowcem organizacji bojowej PPS. Przed pierwszą wojną światową brał udział w rewolucji 1905 r. i strzelał do carskich żandarmów, a po odzyskaniu niepodległości, pozostając aktywnym w strukturach partyjnych PPS i bojówek PPS, stał się ważną osobą w tych robotniczych dzielnicach Warszawy. Zajął się ściąganiem haraczy z Kercelaka. Był jakoś tam nietykalny, bo był na „ty” z czołowymi działaczami byłej organizacji bojowej PPS, którzy po odzyskaniu otrzymali kluczowe stanowiska w rządzie.

Chyba najbardziej przerażającym bohaterem „Króla” jest Doktor Radziwiłek, wzorowany na gangsterze Doktorze Łokietku. Kum Kaplica jest jak ojciec chrzestny – dochrapał się takiej pozycji, że stać go na gesty łaskawości. Radziwiłek jest postacią nieludzką...
Radziwiłek jest bardzo blisko Doktora Łokietka. On też, będąc gangsterem, paradował w mundurze Związku Strzeleckiego, którego był oficerem. Mówił podobno sześcioma językami, ale w żadnym dobrze, miał doktorat zrobiony na szwajcarskim uniwersytecie. Najlepiej chyba mówił po niemiecku.

Z powieści dowiadujemy się, w jak wielkiej części Warszawy przed wojną nie mówiło się po polsku. Lekturę „Króla” zakończyłam zresztą z przekonaniem, że o życiu i problemach Żydów w latach 30. nie wiemy dzisiaj nic.

Bo w polskiej narracji historycznej jest miejsce tylko dla Żydów, którzy uważali się za Polaków. Podobne zresztą Polacy wyznaczają miejsce Ślązakom – Ślązak albo Żyd powinien aspirować do polskości, starać się o nią i wtedy, warunkowo i ciągle na cenzurowanym, ale może jakoś zostać do niej dopuszczony. A większość warszawskich Żydów wcale do polskości nie aspirowała. To nie Tuwim czy Słonimski byli reprezentatywni dla żydowskiej Warszawy, bo uczestniczyli raczej w życiu polskim, nie żydowskim. Kiedy czyta się pamiętniki żydowskich pisarzy i dziennikarzy z tamtego czasu, nagle okazuje się, że nazwiska Tuwima i Słonimskiego nawet w nich nie padają, Polska ich nie interesuje, a jeśli interesuje, to jako opresyjna siła. Tymczasem w polskiej narracji ten osobny świat żydowski został zupełnie wyparty. Niby wiemy, że on był. Funkcjonuje kilka takich stereotypowych obrazków, jak Żyd z pieniążkiem czy żydowski kupiec, ale nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w Warszawie było 350 tys. ludzi, z których wielu nawet nie mówiło po polsku. W stolicy były całe kwartały, gdzie nie było słychać polskiego na ulicy.

Dlaczego akcję powieści umiejscowił pan akurat w 1937 r.?
Między innymi dlatego, że to był pierwszy rok, kiedy na uczelniach wprowadzono numerus clausus i zaczęło obowiązywać getto ławkowe. To był pierwszy moment, kiedy Polska wielkimi krokami zaczęła iść w tę samą stronę, co hitlerowskie Niemcy. I może poszłaby jeszcze dalej, gdyby plotki o zamachu stanu planowanym rzekomo przez Edwarda Rydza-Śmigłego i Adama Koca oraz przeprowadzenia w Polsce czegoś na kształt nocy długich noży uległy urzeczywistnieniu.

Nie drażni pana to, jak w powszechnym obiegu upraszcza się i zafałszowuje historię?
Bardzo.

„Król” Szczepana Twardocha ukazał się nakładem Wydawnictwa Literackiego