Rozumiem przedsięwzięcie Staniszkis: w końcu nie ma nic rozkoszniejszego, niż analizować mechanizmy własnej psychiki. I nie tylko dlatego, że każdy z nas jest narcyzem i lubi babrać się w sobie, jak by powiedział Witkacy. Także z innego powodu: dzięki takiej bezwzględnej autoanalizie możemy żyć szczerzej - twierdzi autorka.

Ale czy nie jest to złudzenie?

Czytając wiersze i powieści, nauczyliśmy się szukać w nich odbicia życia psychicznego ich autorów. Pewne nurty literaturoznawcze, jak na przykład strukturalizm, chciały tę tendencję zabić - poniosły jednak klęskę. Dzisiaj każdy czytelnik mniej więcej wie, że dzieło ma związek z życiem osobistym pisarza. Zwykle jednak nie zdajemy sobie sprawy, jak bliski związek z życiem swoich twórców mają także dzieła naukowe. Jadwiga Staniszkis, z pewnością najsłynniejsza polska socjolog, postanowiła odsłonić swoje życie wewnętrzne i pokazać, że jej zainteresowania i teorie naukowe, które na co dzień możemy śledzić w książkach, artykułach i programach telewizyjnych, były prostą pochodną jej osobowości. Lecz nie byłaby sobą, gdyby przy okazji nie wprowadziła pierwiastka naukowego do opowieści o swoim życiu osobistym. Bo przede wszystkim tego dotyczy jej niezwykła i odważna książka.

Jak więc brzmi szczególna teoria własnej osoby, którą stworzyła sobie Staniszkis? Najważniejszym punktem tej teorii jest autyzm, który miałby wynikać z nieposiadania przez bohaterkę tzw. neuronów lustrzanych. Ta przypadłość, sprawiająca, że człowiek nie rozumie cudzych emocji i niezbyt mocno przeżywa własne, ma też zaletę: pozwala izolować się od trudnych przeżyć, a więc chronić siebie. Drugi wielki temat książki to zdolność przeskakiwania z jednej sfery życia do drugiej, również stosowana jako mechanizm obronny: gdy w życiu autorki dzieje coś niedobrego, po prostu wsiada ona do autobusu i jedzie na drugi koniec Polski do jednego ze swoich kilku mieszkań kupionych specjalnie na tę okazję. Właśnie temu odrywaniu się od siebie służą też liczne podróże po świecie. Kolejnym mechanizmem obronnym jest umiejętność zdystansowania się od każdej trudnej sytuacji i wyciągnięcia z niej pozytywnych wniosków. Nazwisko Staniszkis pojawiło się na liście Wildsteina - a ona myśli sobie: oho, więc tak wygląda poczucie winy opisane przez Josepha Conrada w "Lordzie Jimie". Kochanek Iredyński uderzył ją smyczą - a ona już kreśli sobie w głowie schemat mechanizmu przemocy.

Ale szczególnie zainteresował mnie inny zabieg opisany przez Staniszkis: gdy coś mnie boli, rekonstruuję inny ból z przeszłości, żeby "utrwalić w sobie przekonanie, że wszystko mija". A może także po to, żeby tamten stary ból przesłonił nowy? Wśród licznych mechanizmów psychicznych, które ułatwiają nam życie, czy ten mechanizm "przewekslowywania", jak nazwał go Gombrowicz, nie jest jednym z najczęściej stosowanych? Jest taka cudowna sztuka Pessoi "Marynarz": marynarz trafia na bezludną wyspę i tak tęskni za swoją rodzinną wioską, że aż wymyśla sobie inną wioskę, inny dom, inny sad - żeby zapomnieć o prawdziwym przedmiocie tęsknoty. Chodzi o to, żeby wyprzeć prawdziwy ból za pomocą innego, wymyślonego bólu - i trochę zmniejszyć swoje cierpienie.

Staniszkis, analizując te mechanizmy własnej psychiki, dąży do maksymalnej szczerości. Podobnej szczerości wymaga też od innych. Właśnie jej brak zarzuca swemu staremu przyjacielowi Janowi Grossowi: w podkreślaniu przez niego polskiego antysemityzmu widzi niepoddany bezpośredniej refleksji mechanizm ucieczki od pewnych przeżyć. Staniszkis natomiast robi wszystko, żeby zapewnić swojemu tekstowi przenikliwość. Po to zapewne przeskakuje pomiędzy rejestrami języka: od prostego, poetyckiego stylu, jakim pisana powinna być literatura, do języka hermetycznego i naukowego znanego z jej socjologicznych analiz. Wszystko po to, żeby przeżycia, najpierw poetycko przedstawione (Staniszkis zdradza się tu kilkakrotnie z prawdziwym talentem literackim), natychmiast rozebrać na czynniki pierwsze za pomocą terminologii naukowej. Poezja jest tajemnicą - a pani profesor chodzi o to, żeby dotrzeć do wiedzy.

Staniszkis nie unika nawet najboleśniejszych epizodów. Przede wszystkim epizodu z listą Wildsteina, który pojawia się w książce kilkakrotnie. Towarzyszy mu zawsze ta sama opowieść - że to odkrycie przeżyła jak ucieczkę Conradowskiego Lorda Jima z tonącego okrętu. Że odtąd do końca życia będzie czuła winę za coś, czego nawet nie zrobiła, co tylko było, i nawet nie na pewno, jakąś możliwością jej osoby. Ubecja mianowicie podejrzewała ją o jakąś skazę, słabość - i dlatego umieściła ją, podobnie jak Ludwika Dorna, na liście kandydatów na współpracowników. I za ten grzech bycia w czyichś oczach materiałem na zdrajcę Staniszkis będzie odtąd musiała pokutować. Autorka z pewną lubością podkreśla też inny drobny epizod "zdrady": w czasie jednego z przesłuchań w 1968 r., który skończył się dla niej więzieniem i wyrzuceniem z uczelni, przyznała, że pewien ze swoich tekstów pisała w domu swojej matki - tym samym narażając matkę na niebezpieczeństwo. Przyznaje się więc znowu do "winy" - ale sama podkreśla, że wydarzenie to nie miało żadnych reperkusji.

Ale czy celem tego wywlekania najmniejszych nawet brudów własnej biografii (żeby każdy działacz opozycyjny w PRL-u miał tak czystą kartę jak Staniszkis!) rzeczywiście jest maksymalna szczerość, bez żadnych usprawiedliwień? Czyż pod tym celem nie kryje się także cel przeciwny: usprawiedliwić siebie, wydać się lepszą? Bo przecież czytelnik gołym okiem widzi, że Staniszkis przesadza - te straszne grzechy to przecież nic prawie. Żeby za coś takiego się obwiniać? Cóż za krystaliczna osoba!

A więc szczerość, z jednej strony służąca dumnemu pozbyciu się usprawiedliwień, jest tak naprawdę kolejnym mechanizmem ułatwiania sobie życia? Zresztą czyż każda spójna teoria własnej osobowości nie jest już - przez sam fakt bycia teorią - właśnie usprawiedliwieniem? Czy każda teoria samego siebie nie działa właśnie tak, jak ów zabieg dystansowania się od własnych cierpień, o którym opowiada Staniszkis? W sytuacji kryzysowej spojrzeć na siebie z ciekawością naukowca - to już nas ocala. Na marginesie dodam, że to jest właśnie kłopot, z jakim musi się spotkać każdy inteligentny pisarz, siadając do pisania dziennika. Jak wypełnić postulat maksymalnej szczerości (a bez tego postulatu po co pisać dziennik?), skoro każde przelanie na papier, będąc selekcją, racjonalizacją, etc., już jest jakimś zafałszowaniem? Dlatego, paradoksalnie, wielu pisarzy dochodzi do wniosku, że bardziej szczerym przedsięwzięciem jest pisanie fikcji - z niej sam czytelnik będzie mógł wydobyć prawdziwe fragmenty naszej osobowości.

I myślę, że właśnie z uświadomienia tego faktu pochodzi smutek bijący z książki Staniszkis. Autorka sama zauważa ten smutek, ale już nie wyjaśnia jego genezy. A mnie się wydaje, że książka jest smutna, bo próba rekonstrukcji własnej osobowości pokazała, że życie po prostu, w harmonii ze światem i bez mechanizmów ucieczki, nie jest możliwe. Egzystencja okazała się imprezą zbyt tragiczną i bolesną, by mogła się odbywać bez oszustw. Staniszkis stara się więc te własne oszustwa dostrzec i opisać, licząc, że w ten sposób je unieważni - ale samo dostrzeżenie i opisanie okazuje się kolejnym usprawiedliwieniem - a więc kolejnym oszustwem.

Na koniec jeszcze osobista uwaga: nie jestem pewna, czy można wierzyć Jadwidze Staniszkis, kiedy tak opowiada o sobie. Czy tak samo jej życie psychiczne opisałby psycholog? Coś mi mówi, że nie do końca. Ale nie ma to żadnego znaczenia - chodzi o to, do czego ona wykorzystuje swoje życie. Ta książka, podobnie jak niedawne spotkanie z Jadwigą Staniszkis, które mi się przytrafiło, były dla mnie małym wstrząsem: a więc istnieją ludzie tak niebanalni, gotowi tak wnikliwie analizować swoją psychikę i tak bezwstydnie o niej mówić? Takie spotkania uświadamiają nam, w jak okropnie mieszczańskim świecie żyjemy na co dzień - rozmawiając z ludźmi głównie o tym, jak w pracy i gdzie w tym roku jedziemy na narty. I zamarzyło mi się więcej takiej brawurowej szczerości - nawet jeśli jest to w sposób nieunikniony szczerość służąca kolejnym mechanizmom zafałszowania. O ile ciekawsze by było nasze życie, gdybyśmy tak ze sobą rozmawiali. Proszę pomyśleć: w sumie czemu nie? W końcu raz się żyje.

Jadwiga Staniszkis, "Ja. Próba rekonstrukcji", Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.