Za kwadrans piąta obudziłem się znowu i już nie mogłem zasnąć. Ciężkie krople deszczu uderzały o parapet. Co jakiś czas z daleka dolatywał stłumiony odgłos grzmotu. Przez chwilę wydawało mi się, że strzelają. Dawniej w Niedzielę Wielkanocną o świcie zawsze słychać było triumfalne strzały. Chrystus zmartwychwstał! Alleluja!

Leżałem w łóżku, czekając, aż na dworze zacznie się rozwidniać. Deszcz nie ustawał, ale odgłosy grzmotów coraz bardziej oddalały się, cichły; burza przechodziła bokiem.

Pomyślałem, że dokładnie za dwa miesiące minie dziesięć lat od śmierci matki. Nie byłem przy niej, kiedy umierała. O tym, że nie żyje, dowiedziałem się w szpitalu – nagle. Wcześniej, przez cały tydzień, stan matki się nie pogarszał; prosiłem, żeby w razie czego natychmiast dzwonić do mnie bez względu na porę. Ale tamtego dnia telefon milczał i o dwunastej, w samo południe, jechałem do szpitala przekonany, że posiedzę z matką. Wchodząc na salę, zobaczyłem puste łóżko. Umarła o dziewiątej. Siostra oddziałowa niewiele więcej miała mi do powiedzenia. Nie, nie dzwonili, tłumaczyła, wysłali telegram. Rzeczy mogę odebrać, są już spakowane. Pod oknem leżał czarny worek.

Nie chciałem odbierać rzeczy matki, chciałem matkę zobaczyć – zaraz, jak najszybciej. Oddziałowa wyglądała na zdziwioną, powiedziała nawet coś w rodzaju: „To chyba nie jest odpowiedni moment”, ale uparłem się i w końcu wytłumaczyła mi, jak iść do kostnicy. Ciemny, obdrapany korytarz w podziemiu szpitala doprowadził mnie na miejsce. Ostrożnie uchyliłem drzwi i zajrzałem do pomieszczenia, w którym rodziny zmarłych zostawiają dla nich buty i ubrania. Na wprost wejścia zobaczyłem akwarium – duże, oświetlone akwarium pełne ryb i roślin. Pracownik kostnicy, niewysoki mężczyzna o ospowatej twarzy, przypatrywał się rybom, postukując palcem w szklaną ściankę.

On też wydawał się zdziwiony, że chcę zobaczyć matkę właśnie teraz. Kiedy podałem nazwisko, sprawdził coś w wystrzępionym zeszycie i rozłożywszy ręce na znak, że nie może mi pomóc, oznajmił: „Dzisiaj było bardzo dużo zgonów. Ciała są niegotowe”. Nawet nie próbowałem zastanawiać się, co ma na myśli. Wyjąłem z portfela pięćdziesiąt złotych i położyłem banknot na stoliku przy akwarium. Wtedy raz jeszcze sięgnął po swój zeszyt, westchnął i bez słowa zniknął w przejściu prowadzącym w głąb kostnicy. Wrócił po dwóch minutach, pchając przed sobą metalowy wózek ze zwłokami. Nie wyglądałem chyba najlepiej, bo kiedy spojrzał na mnie, zapytał: „Dobrze się pan czuje?” Skinąłem głową. Wciąż na mnie patrząc, powiedział: „Żeby pan tylko tu nie zemdlał. Nie chcę mieć nieprzyjemności”. Milczałem, czekając, aż wreszcie zostawi mnie samego. Zrozumiał i odszedł.

Matka leżała na wznak, przykryta po szyję białym prześcieradłem. Twarz miała odsłoniętą. Od razu uderzył mnie jej wyraz – spokojny i radosny. Żeby wyglądać w taki sposób, matka musiała być szczęśliwa. Co się z nią działo kilka godzin wcześniej? Słyszałem, że na krótko przed śmiercią organizm człowieka potrafi wytworzyć bardzo silny narkotyk – umieranie sprawia wtedy ulgę, a nawet przyjemność. Być może matka w chwili śmierci znalazła się pod wpływem takiego narkotyku, silniejszego niż morfina, którą podawano jej w coraz większych dawkach. Być może jednak wygląd matki – wtedy, na wózku w szpitalnej kostnicy – wygląd, który tak bardzo mnie poruszył, z działaniem narkotyków nie miał nic wspólnego.

Za oknem szarzało. Nie chciałem dłużej leżeć w łóżku. Odkąd zaczął się kwiecień, wyjątkowo tego roku ciepły, codziennie wstawałem jak najwcześniej i wychodziłem z domu na samotny spacer. Szedłem do parku na stoku Cytadeli albo dalej, nad Wisłę, za Most Gdański. Czasami wybierałem jeszcze inną trasę, klucząc po prawie pustych ulicach Żoliborza.

Poszedłem do łazienki i wziąłem szybki prysznic. O wpół do szóstej gotów byłem do drogi. Deszcz ciągle padał. Zabrałem parasol. Na schodach sąsiadka z drugiego piętra przywitała mnie uroczystym uśmiechem. Z pewnością pomyślała, że idę na rezurekcję, tak jak ona, i nawet zrobiło mi się trochę głupio, jakbym wychodząc z domu o tej właśnie porze, naumyślnie wprowadzał ją w błąd.

Nie szedłem na rezurekcję, ale kiedy znalazłem się obok małego kościoła na Czarnieckiego, postanowiłem wejść na chwilę do środka, żeby zobaczyć, jak wygląda tam symboliczny grób Chrystusa – pusty.

W kościele było już sporo ludzi. Zrobiłem kilka kroków w stronę bocznej nawy, gdzie znajdował się grób, i nagle poczułem na sobie czyjś wzrok. Stojący na wprost wejścia nieznajomy mężczyzna przypatrywał mi się uważnie. Wysoki, siwy, z rumianą twarzą i dobrodusznym spojrzeniem jasnych oczu wyglądał na księdza, nie miał jednak sutanny ani koloratki. Kiedy do mnie podszedł i zaczął coś mówić, byłem tak zaskoczony i zmieszany, że nie od razu zrozumiałem, o co mu właściwie chodzi.

Prosił, abym w procesji, która punktualnie o szóstej ruszy spod kościoła, niósł baldachim.

– Trzech panów już mamy – wyjaśniał, przejęty. – W zeszłym roku też u nas nieśli. Pan byłby czwarty, gdyby się pan zgodził. Bardzo pana proszę. Nie odmówi pan, prawda?

Przez dłuższą chwilę nie mogłem wykrztusić z siebie ani słowa. Dlaczego akurat do mnie zwrócił się z taką prośbą? Nigdy przecież nie mógł widzieć mnie wcześniej w tym kościele, bo do niego nie chodziłem. Od bardzo dawna nie chodziłem zresztą do żadnego kościoła.

– Nie wiem… – odezwałem się w końcu – nie wiem, czy jestem godzien, żeby nieść.

Obruszył się gwałtownie, wymownymi gestami dając mi do zrozumienia, że całkiem niepotrzebnie mam takie skrupuły. A potem pochylił się nade mną i wolno, dobitnie wymawiając każde słowo, jakby zwracał się do dziecka, powiedział:

– J a k p a n b ę d z i e n i e ś ć ł a d n i e, t o z n a c z y, ż e j e s t p a n g o d z i e n.

Kiedy po chwili delikatnie wyjął mi z rąk parasol i ze słowami: „Na pewno nikt nie weźmie. Może pan być spokojny”, postawił go obok konfesjonału, poczułem, że nie mam już odwrotu.

Wszystko działo się odtąd bardzo szybko.

– Proszę włożyć komżę – powiedział mężczyzna.

I podał mi wyciągniętą z konfesjonału komżę, a ja niezgrabnie włożyłem ją przez głowę.

– Bardzo ładnie pan wygląda – uśmiechnął się.

Ostrożnie wygładziłem na sobie białe koronkowe rękawy.

Ci trzej, z którymi miałem nieść baldachim, zdążyli już wcześniej włożyć komże i czekali z boku, milcząc. Zauważyłem od razu, że nie jesteśmy równego wzrostu. Dwaj byli wyżsi ode mnie, a jeden niższy. Pomyślałem, że może powinienem podać każdemu rękę, przedstawić się i coś powiedzieć, ale w końcu niczego takiego nie zrobiłem.

Do szóstej brakowało jeszcze kilka minut. Byłem zdenerwowany i niepewny tego, co za chwilę może mnie spotkać. Przypomniał mi się egzamin z religii, pierwszy egzamin w moim siedmioletnim wtedy życiu. Szedłem na ten egzamin i bałem się, że nie zdam. Pod wykrochmalonym kołnierzykiem odświętnej koszuli czarna aksamitka ściskała mnie za gardło. „Ilu jest bogów?” – podchwytliwe pytanie księdza katechety całkowicie zbiło mnie z tropu. „Bogów jest trzech, ale w jednej postaci” – odpowiedziałem bezmyślnie. „W imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego…” – przeżegnał mnie ksiądz katecheta i chociaż zaraz poprawiłem się, mówiąc, że Bóg jest jeden, zamiast rzymskiej piątki, którą dawał wszystkim bez wyjątku, postawił mi za karę piątkę zwykłą.

– Uwaga, panowie! – mężczyzna, który najwyraźniej wziął na siebie całość przygotowań do procesji, zaczął ustawiać naszą czwórkę: dwóch wyższych z przodu, a niższego z tyłu, razem ze mną.

Denerwowałem się coraz bardziej i wielu rzeczy już po prostu nie pamiętam. Nie pamiętam, na przykład, jak baldachim znalazł się w naszych rękach i jak właściwie wyglądał. Pamiętam tylko, że chwyciłem jeden z czterech drążków, na których był rozpięty i mocno trzymałem go przed sobą jak drzewce wojskowego sztandaru albo kościelnej chorągwi. „Na kogo czekamy?” – przemknęło mi przez głowę i niemal w tym samym momencie pod baldachim szybkim ruchem wsunął się młody ksiądz z monstrancją, którą oburącz kurczowo przyciskał do piersi.

Przed kościołem wystrojone uroczyście dziewczynki zaczynały już sypać na drogę płatki kwiatów, które trzymały w płóciennych woreczkach. Dziewczynki, ministrant z krzyżem, ksiądz z kadzidłem, dwóch mężczyzn z drewnianą figurą Jezusa Chrystusa, ksiądz z monstrancją, nas czterech z baldachimem, za nami całe mnóstwo ludzi…

Ruszyliśmy powoli w stronę placu Inwalidów.

Usłyszałem śpiew kobiet. Śpiew, a raczej śpiewne zawodzenie, bo kobiety śpiewając, w charakterystyczny sposób przeciągały słowa pieśni:

Zwyyycięzcaaa śmieeerci, piekła i szataaana

Wyyychodziii z grooobu dnia trzeeeciegooo z raaana

Patrzyłem w górę na baldachim, który w rytm naszych kroków kołysał się nad głową księdza. „Jak pan będzie nieść ładnie, to znaczy, że jest pan godzien” – słowa nieznajomego, które jakoś wziąłem sobie do serca, nie były wcale takie oczywiste, jak się mogło wydawać. Nie niosłem przecież baldachimu sam, nieśliśmy go we czwórkę i wystarczyło, żeby jeden z nas pomylił krok albo przekrzywił trzymany przez siebie drążek, a wtedy baldachim od razu tracił całe swoje dostojeństwo i przynajmniej przez chwilę wyglądał jak zwykła zmięta płachta. Kto mógłby sprawiedliwie osądzić, jak go niesie każdy z osobna?

Zieeemia się trzęęęsie, straż się grooobu mieeesza –

Aaanioł zstępuuuje, niewiastyyy pocieeesza

Szliśmy ulicą Mickiewicza. Starałem się jak tylko mogłem, żeby trzymany przeze mnie drążek baldachimu przez cały czas znajdował się dokładnie na tej samej wysokości co trzy pozostałe. Czułem, że drętwieje mi ręka. Kiedy skręcaliśmy w Mierosławskiego, idąca z przodu dwójka nagle przyspieszyła kroku, baldachim zakołysał się niebezpiecznie i dosłownie w ostatniej chwili udało mi się utrzymać go nad głową księdza. To właśnie wtedy jedna z kobiet, których głosy słyszałem za plecami, podeszła do mnie bardzo blisko.

– Okropnie niesiecie – zasyczała mi do ucha. – Okropnie. Patrzeć na to nie można.

Odwróciłem głowę i zobaczyłem jej wykrzywioną złością twarz. Po chwili śpiewała już znowu:

Uuustąpcie oood nas smutki i trooosk faaale

Gdyyy Pan Zbawiiiciel triumfuje w chwaaaale

Wróciliśmy pod kościół. Oparłem o ziemię drążek baldachimu i próbowałem rozprostować zdrętwiałą rękę

Nie pamiętam, kto odebrał od nas baldachim. Nie pamiętam też, co zrobiłem z komżą. Zanim w kościele zaczęło się nabożeństwo, zabrałem swój parasol i bocznymi drzwiami wyszedłem na ulicę.

Deszcz już nie padał. W parnym powietrzu zapach wilgotnej ziemi mieszał się z zapachem kadzidła. Kręciło mi się w głowie. Ruszyłem w stronę placu Inwalidów i, sam nie wiem dlaczego, raz jeszcze przeszedłem całą drogę, po której nieśliśmy baldachim.

Ciekawe, co pomyślałaby sobie matka, widząc, jak go niosę.