"Mam dość artystycznego niechlujstwa"
- Emigrant, wieczny debiutant
- Trela: Szekspir to nie był głupi facet
- Polski teatr czasu transformacji
- Właścicielka nagiej pupy szefową ZASP-u
- Reżyserowanie własnej sztuki to wyzwanie
- Znana aktorka pokazała w teatrze pupę
- Seweryn nie chce nagrody za bycie ofiarą PRL
- Oto najlepszy polski aktor młodego pokolenia
- Nagie pośladki przykryły klęskę Lupy
- Stanisława Celińska: Scena mnie chroni
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Piątek 2012-05-25

temp. min 3°C max. 22°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Podczas wystąpienia na grudniowym Forum Polskiego Teatru odniosła się pani do osoby Krystiana Lupy - artysty, który poszukuje, ale nie mieści się w ramach instytucji Teatru Dramatycznego.
W ogóle w ramach instytucji. Teatr Lupy to teatr pojmowany studyjnie. Mówiąc wprost – nam aktorom płaci się za przedstawienia, a nie za próby. Jeżeli są tylko próby, a nie ma i nie ma przedstawienia, to my dosłownie dopłacamy do swojego zawodu zamiast zarabiać, jak każdy, kto zdecydował się na pracę w instytucji. Taka osoba jak ja, która nie podejmie z zasady nigdy żadnej roli w serialu, znajduje się wtedy raczej na pozycji jakiejś harcerki niż osoby, która ma prawo do pewnego statusu… Ja od razu umówiłam się z Krystianem na konkretną liczbę prób.
Ta decyzja może się obrócić przeciwko pani w wymiarze artystycznym.
Tak, ale co z tego? Najwyżej położę rolę. Nie ma takiej możliwości, żebym zatyrała się na śmierć z powodu artystycznej dezynwoltury nawet tak wybitnego reżysera.
To jednak pani wyjdzie na scenę i będzie firmować swoim nazwiskiem przedstawienie Lupy...
Oczywiście. Z radością, z lękiem, z szacunkiem. Nie widzę powodu, żebym zrezygnowała z tej przygody. Rezygnowałam zawsze, kiedy uważałam, że nie mogę podpisać się pod przedstawieniem.
„John Gabriel Borkmann” Ibsena w Teatrze Powszechnym, „Peer Gynt. Szkice z dramatu Henryka Ibsena” i „Całopalenie” Loher w Teatrze
Dramatycznym – to „plon” pani rezygnacji na przestrzeni zaledwie trzech lat. Fatalne prawo serii? A może teatr zmienił się tak, że nie umiała się pani w nim
odnaleźć?
Nie ja jedna rezygnuję z ról. Moje ostatnie lata w teatrze rzeczywiście przypominają koszmarny sen. Przywołane przedstawienia to różne przypadki i reżyserskie światy, skrajne nurty współczesnego teatru. Z przedstawienia w reżyserii Zbigniewa Zapasiewicza w Teatrze Powszechnym odeszłam z powodu zbyt klasycznej, sztampowej, martwej konstrukcji. Inaczej w teatrze „poszukującym” Pawła Miśkiewicza, gdzie nie mogłam uwierzyć w kreowany przez niego świat. W tym drugim teatrze panuje często przyzwolenie na pokazywanie widzom rzeczy nieskończonych, niedopracowanych – zgoda na brak rzemiosła. Uważam, że w teatrze „poszukiwać” można na etapie prób, ale potem trzeba coś„znaleźć” przed premierą, żeby pokazać widzowi.
Dwa z tych trzech przedstawień wyreżyserował Paweł Miśkiewicz, dyrektor Teatru Dramatycznego, w którym pani obecnie pracuje. Kontestuje pani pracę własnego dyrektora?
Złożyłam już wymówienie, które na razie nie zostało przyjęte. Nie akceptuję dwutorowości tego miejsca: mamy zespół, który powinien grać, ale został podporządkowany różnym projektom, nie wykorzystującym w żadnym wypadku jego potencjału. Odnoszę też wrażenie, że ważniejsze od przedstawień samego Teatru Dramatycznego jest organizowanie festiwali, a przy tych festiwalach też nie do końca istotny jest teatr. Raczej to, żeby się napić i sobie pobzykać. Irytuje mnie postawienie na młodych twórców z powodu ich metryki, a nie ze względu na umiejętności. Miśkiewicz chce robić teatr „poszukujący”. Niestety, jest to określenie dające straszne fory. My tylko „poszukujemy”, a wy patrzcie. Kiedy próbowaliśmy „Peer Gynta” podzieliłam się z Pawłem wrażeniem, że widz może nie zrozumieć tego, co robimy. Usłyszałam wtedy, że teatr - według niego - jest zbliżony do abstrakcyjnego obrazu, czyli logiczne powiązanie wątków fabularnych nie ma żadnego znaczenia, a widz – przychodząc do teatru - ponosi ryzyko wyłącznie na własną odpowiedzialność. Zrozumiałam wtedy, że to kompletnie nie mój teatr.
A jaki jest pani teatr?
Kiedy jeszcze rozmawiałam z Andrzejem Sewerynem o wspólnej pracy w Teatrze Polskim, powiedziałam, że interesuje mnie adaptacja polskiej literatury reportażowej. Chociażby Wojciecha Tochmana. Mam silne poczucie, ze rytm, wartość tej prozy powinna zabrzmieć w teatrze. Ale z Teatrem Polskim – jak widzę - też mi nie wyjdzie. Mój teatr? Odświętny. Inaczej tego nie umiem określić. To miejsce, gdzie zaproszenie widza jest wyzwaniem. Mam dość tych wszystkich „bud” i artystycznego niechlujstwa. My się jakoś wewnętrznie zgadzamy na to, że jesteśmy ze świata B; że zaszczytem jest zauważenie nas na świecie… Nie mogę tego pojąć. My mamy prawo do europejskich standardów i wymagań. Jeżeli dostanę szansę na taki teatr, to zostanę w zawodzie; a jeżeli nie - wolę spędzić dalsze życie nad szlifowaniem wierszy, których nikt nie wyda. Coś jest takiego w powietrzu, ze im bardziej niszowo, im mniej w kolorowych pismach, im więcej na przecenach, tym lepsze towarzystwo. Tylko pieniędzy mniej. Ale to drobiazg.
















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!