To pana pierwsza realizacja dramatu Tadeusza Różewicza w teatrze. Obawiał się pan współpracy z bratem?

Nie, mój brat to dobry człowiek. Ja się go nie boję. Co prawda, w dzieciństwie zamknął mnie w koszu i tego mu nigdy nie wybaczyłem (śmiech). Teraz jednak żyjemy w zgodzie. Tę sztukę Tadeusz napisał równo 40 lat temu. Któregoś dnia zapytał mnie, czybym nie wystawił jej w teatrze.

A dlaczego dopiero teraz zdecydował się pan wziąć na warsztat jego dzieło?

To nie jest do końca prawda, że dopiero teraz. Nasza współpraca teatralna rozpoczęła się już ponad 70 lat temu, kiedy ja miałem 12 lat, a o 3 lata ode mnie starszy Tadeusz napisał dwie sztuki - "Był sobie dom" i "Krzywdę". Akcja tych dramatów rozgrywała się u nas w kuchni, pod stołem. Takie mieliśmy wówczas możliwości inscenizacyjne. On grał żonę, a ja bodajże rycerza. No, ale dość tych wspomnień...

Już w dorosłym życiu reżyserowałem jego utwory - "Pułapkę", "Wyszedł z domu" i "Śmiesznego staruszka" - ale tylko dla Teatru Telewizji. To była zupełnie inna forma niż ta, z którą mam do czynienia teraz w warszawskim Teatrze Małym. Kiedy już powiedziałem Tadeuszowi o tym, że spróbuję zabrać się w teatrze za "Starą kobietę...", postanowiłem, że przeczytam jeszcze raz tę sztukę i wtedy podejmę ostateczną decyzję, czy podejmuję się realizacji, czy też nie.

Przeczytałem i od razu zrozumiałem, że ona się nie zestarzała. Mimo swoich 40 lat ma siłę ogromnej wizyjności. Tadeusz, pisząc ją, wyprzedzał czas.

Czy pana brat sugerował, w jaki sposób jego sztuka powinna być wyreżyserowana?

W żadnym wypadku. Powiedział: "Daję ci carte blanche. Adaptuj, rób to, co uważasz za słuszne". Z drugiej strony, w mojej adaptacji starałem się pozostać wierny treściom "Starej kobiety...". Moim zdaniem reżyser nie powinien wysuwać się na prowadzenie i robić ze sztuką, co mu się żywnie podoba. Takie działanie musi mieć zły wpływ na efekt końcowy.

Oczywiście, starałem się wyreżyserować "Starą kobietę..." jak najlepiej, bo to przecież odpowiedzialność przed widzami, krytyką i przede wszystkim starszym bratem. On przecież w każdej chwili może mnie chwycić za ucho, pogrozić palcem albo co gorsza powiedzieć: coś ty tam narozrabiał?

Bohaterką jest stara kobieta, która rodzi i umiera, jest realna i nierealna, prawdziwa i nieprawdziwa. Tę sztukę można traktować na zasadzie małego realizmu i ująć ją bardzo naturalistycznie. Na szczęście jest w niej pole do fantazji, wyobraźni, snu. Od kilkudziesięciu lat jestem reżyserem filmowym i z tego powodu moja wyobraźnia w teatrze jest trochę ograniczona.

Nie mogę przecież, tak jak w filmie, użyć montażu czy dla atrakcyjności widowiska przenieść zdjęcia w inne miejsce, do innego kraju... Dobrze się stało, że reżyseruję tę sztukę w Teatrze Narodowym i jestem wspierany przez znakomitych aktorów, między innymi Annę Chodakowską, Ignacego Gogolewskiego i Mariusza Bonaszewskiego. Oni nie tylko grają w tej sztuce, oni pilnują, bym nie sfałszował tego, co jest prawdziwą treścią "Starej kobiety...".

Wiem, że przygotowuje pan film dokumentalny zatytułowany "Nasze zabawki" opowiadający o swoim i brata dzieciństwie...

To półgodzinny film przygotowywany dla Telewizji Polskiej. Nakręcony jest już cały materiał. Jednak to nie jest film o dwóch zdziecinniałych staruszkach - Tadeuszu i Stanisławie Różewiczach. Chciałem zrobić dokument o tym, w jaki sposób w okresie naszego dzieciństwa bawiły się dzieci, jak mogły rozwijać swoją wyobraźnię. Znalazłem dwóch chłopców, którzy zagrali w moim filmie.

Musiałem przerwać robotę nad dokumentem do momentu, kiedy nie urodzę "Starej kobiety, która wysiaduje". Mam nadzieję, że kiedy ta teatralna przygoda się skończy, wrócę do filmowej roboty. Tadeusz pracuje, pisząc, a ja pracuję z aktorami. To, co staram się przenieść ze sztuk Tadeusza, jest rozciągane w różnych kierunkach. Próbuję jednak, by moje myślenie i myślenie Tadeusza sprowadzały się do centrum.

Począwszy od najmłodszych lat byliśmy zawsze wierni pewnemu widzeniu świata. Pewnie dlatego nie było między nami rozdarć i kłótni. Przecież jesteśmy braćmi.