Co jest takiego we Fredrze, że ostatnio tak wielu reżyserów sięga po jego sztuki?
Wydaje mi się, że coś się chyba znowu ruszyło i nagle Fredro znowu stał się popularny. Myślę, że po raz kolejny przyszła pora na przetrzebioną przez czas klasykę. W ciągu kilkudziesięciu lat mojego życia co najmniej trzy razy klasyka dochodziła do głosu.

Czy pana zdaniem Fredro jest wciąż uniwersalny, zrozumiały?
Oczywiście. Mówi nam, że jesteśmy przede wszystkim czującymi i myślącymi stworzeniami, a życie to nie tylko fizjologia. Potrzebujemy czegoś, czego nie można dotknąć, co daje się wyrazić tylko za pomocą pięknych słów mówionych przez pięknych ludzi. Fredrowscy ludzie są piękni, a my za takimi ludźmi tęsknimy.

A dlaczego zabrał się pan właśnie za "Śluby panieńskie"?
One towarzyszą mi od wielu lat. Pierwszym przedstawieniem teatralnym, jakie widziałem w swoim życiu, były właśnie "Śluby...". Później grałem w tej sztuce w teatrze amatorskim, a następnie 23 lata temu zagrałem Gustawa w inscenizacji "Ślubów..." autorstwa wybitnego specjalisty od Fredry, czyli Andrzeja Łapickiego. Moim zdaniem byłem już trochę za stary do tej roli. W tej chwili gram Radosta, a być może na zbliżające się moje 50-lecie pracy artystycznej powinienem zagrać Jana. Uwielbiam "Śluby panieńskie". Uważam, e to jeden z najwspanialszych tekstów polskiej literatury, napisany wspaniałym, genialnym językiem, a jeszcze na dodatek wierszem. Wiem, że młodzi ludzie "Ślubów panieńskich" nie znają, bo śmieją się z fabuły. Myślę, że fachowcy też znajdą coś dla siebie, bo nie przygotowałem spektaklu akademickiego, odrysowującego to, co Fredro napisał.

Czy zmienił pan coś w tekście Fredry?
Zrobiłem minimalne skróty. Zamieniłem też kolejność scen. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym ingerować w ten tekst. W moim pojmowaniu klasyki takich działań po prostu nie akceptuję. Nie akceptuję też grania Fredry prozą, bo po co grać wtedy Fredrę. A jeśli już decydujemy się wystawić jego dzieło, to wiersz musi być zachowany. Mówić współcześnie XIX-wieczny 11- i 13- zgłoskowiec tak, by brzmiał potocznie, to najwyższa szkoła jazdy, najważniejszy egzamin dla młodych aktorów. Wymaga to od nich wielkich umiejętności i dobrego ucha.

Czy pana aktorzy zdają ten egzamin?
Według mnie tak, ale to nie ja jestem od oceniania. Jeśli chodzi o moje poczucie rytmu, smaku, moją wrażliwość na poezję i prawdę deklamacyjną, zdają egzamin. Nie kłamią, nie wsiadają na drezynę wiersza, by w tym samym rytmie przejść przez cały utwór. Oni potrafią rozmawiać wierszem, a to naprawdę trudna sztuka.

Nie tak dawno "Śluby panieńskie" zrealizował Grzegorz Jarzyna...
O, to było już 10 lat temu. Bardzo wysoko cenię przedstawienie Grzegorza Jarzyny "Magnetyzm serca", którego premiera odbyła się już 10 lat temu. Jednak nie zamierzam korespondować czy w jakiś sposób odnosić się do tego spektaklu. Moje przedstawienie będzie sentymentalne. Moje "Śluby..." opowiada Radost. One są tęsknotą, jednak nie za młodością, ale za pewnym porządkiem i kulturą obyczajów, za przywróceniem pewnych wartości. Wiem, że publiczność teatralna, nie tylko ta, która przychodzi do Teatru Narodowego, tęskni za estetycznym porządkiem.

Czy pana "Śluby..." będą nowoczesną, współczesną interpretacją Fredry?
Fredro jest grany od wielu lat, a to znaczy, że jest permanentnie nowoczesny. Wszystko zależy od sposobu czytania, interpretacji jego tekstów. Zdaję sobie sprawę, że co innego śmieszy moich studentów czy młodych aktorów niż mnie ponad 20 lat temu. Co innego też śmieszy publiczność. Wiem, że nie można się porozumiewać z publicznością tymi samymi znakami, konwencjami co kiedyś. Teatr jest najszybciej starzejącą się dziedziną sztuki, ponieważ zależy od współczesnej publiczności. Mam nadzieję, że moi młodzi aktorzy grający w tym przedstawieniu porozumieją się z młodą publicznością.

Muzykę do pana spektaklu skomponował Leszek Możdżer. Czy dzięki temu to porozumienie będzie jeszcze lepsze?
Jeśli chodzi o Leszka Możdżera, to wszyscy się pewnie spodziewają, że on swoją muzyką wysadzi w powietrze Fredrę i cały Teatr Narodowy. Nic takiego się nie stanie. Poprosiłem go o skomponowanie muzyki do "Ślubów panieńskich", bo mamy podobny stosunek do klasyki. Obaj jesteśmy zwolennikami interpretowania tej klasyki, a nie jej demolowania.

Plakaty reklamujące pana przedstawienie zapowiadają raczej "Śluby panieńskie" dalekie od klasycznej interpretacji i przyznam, że trochę do pana nie pasują...
A dlaczego, bo za bardzo nowoczesne? Powiem pani, że stereotypy przylegają do wszystkich. Mówi się, że ten reżyser jest od fekaliów, ten od brutalistów, inny od prowokacji, a jeszcze inny od akademickiego teatru...

...a Englert od klasyki
Tak się mówi, bo ja już proszę pani jestem po sześćdziesiątce i taka łatka reżysera od klasyki do mnie przylgnęła. A jak by tak ktoś zerknął do tego, co ja przez lata zrobiłem, to okazałoby się, że aż taki klasyczny nie jestem.