Czy Janda straciła słuch? Po Warszawie krążą anegdoty o lekcjach śpiewu, które pobiera - podobno nikt z postronnych nie może wytrzymać dźwięków, jakie z siebie wydaje.

Plotki plotkami, tymczasem na deskach Teatru Polonia zagości prawdziwa historia najgorszej śpiewaczki świata. Przed państwem Florence Foster Jenkins w sztuce "Boska!" - swoiste przeciwieństwo kreowanych wcześniej przez aktorkę Marii Callas czy Dietrich. Choć od kilku tygodni Janda uczy się fałszować, "Boska!" to opowieść o zjawisku nie tyle muzycznym co... osobowościowym.

Pozornie zdawałoby się przecież, że historia taka jak Jenkins mogła się przydarzyć każdemu. Szczególnie dziś, kiedy wystarczy nagrać to, co się śpiewa rano przy goleniu albo w kąpieli i umieścić na www.myspace.com.

100 lat temu nie było internetu, a ambicji wychowywanej w tradycji wiktoriańskiej Jenkins nie wspierali nawet najbliżsi. Kiedy więc nadeszła wielka chwila i ze zdaniem na ustach "Ludzie mogą mówić, że nie umiem śpiewać, ale nikt nigdy nie powie, że nie śpiewałam" ruszyła podbijać świat, już dawno stuknęła jej... czterdziestka.

Mimo to występy Jenkins - przygotowane przez nią samą od A do Z show - stały się dla nowojorskiej elity obowiązkowym wydarzeniem. Cóż z tego, że patrząc na nią, ludzie zakrywali usta chusteczkami, krztusząc się ze śmiechu? Nic. Cóż z tego, że kpili? Traktowała to jako wyraz zazdrości. Bo na frekwencję nie narzekała.

Trzy dekady publicznych popisów ukoronowała w 1944 roku koncertem w samym Carnegie Hall. Jednak to nie brawura, pieniądze i nie pozycja społeczna przyniosły jej popularność. Nie występowała też na tyle często, by być rozpoznawaną - bo tylko kilka razy w roku, dla wybranych. Dlaczego więc do dziś tylko ona nosi miano "najgorszej śpiewaczki operowej świata"? Jak trudno przebić fenomen Florence, najlepiej wiedzą jej naśladowczynie - Tryphosa Bates-Batcheller albo Olive Middelton.

Bogatych kobiet, które brały prywatne lekcje, by potem dawać publiczne koncerty, do dziś jest bez liku, a wielbicielki opery, niektóre – porównywalnie utalentowane jak Jenkins - występują nawet na wspólnej płycie (The Muse Surmounted: Florence Foster Jenkins And Eleven Of Her Rivals). To fakt, wydają z siebie dźwięki będące chyba wynikiem obłędu. Ale zbiór nagrań znów zatytułowany jest przede wszystkim imieniem i nazwiskiem tylko jednej z nich. Nie wystarczy więc słodko fałszować arie Mozarta, Verdiego czy Rachmanionowa, nie wystarczy nawet wyć niczym pozostawiony samotnie w domu pies. Trzeba mieć... No właśnie. Co?

Na fenomenie Jenkins prawdopodobnie zaważyła teatralność życia, jakie wiodła, i oderwanie od przyjętej ówcześnie rzeczywistości. Jej recitale były istnym kuriozum - każdy z nich potrzebował adekwatnej oprawy. Przebierała się nie mniej niż trzy razy i to w najbardziej ekstrawaganckie kostiumy. Zza okładek trzech płyt, które można kupić w sklepach internetowych patrzy pięknie wystrojona dama. Raz odziana w błyszczącą elegancką suknię z doprawionymi na plecach ogromnymi skrzydłami, innym razem w barwną spódnicę i suto zdobiony wianek kwiatów.

Poza kuriozalną oprawą muzyczną i cudacznym kostiumem Jenkins była autorką dodatkowych wrażeń. Choćby - w czasie popisowego utworu - rzucania kwiatów w stronę publiczności, ze specjalnie przygotowanego przez siebie kosza. Raz przez pomyłkę rzuciła w widownię także owym koszem. To ona osobiście kolportowała bilety na swoje występy i to ona nagrodziła taksówkarza pudełkiem wykwintnych cygar, bo dzięki wypadkowi, który spowodował, ze strachu wydała z siebie wysokie F.

Jenkins jest bohaterką aż trzech sztuk napisanych w ostatnich latach - "Boskiej!" Petera Quiltera, której prapremiera odbyła się w londyńskim Duchess Theatre, "Souvenir" Stephena Temperleya (był to broadwayowski hit) oraz granej na festiwalu w Edynburgu "Viva la diva" Chrisa Balance’a.

Teatr kocha kuriozalne mity, historie zacierające granice między fikcją a życiem. Tylko tu można usłyszeć opowieści aktorki z ostatniego tournee. Podobno wielbiciele w czasie bisów całowali ją po stopach. Tylko tu można się wciągnąć w historię o tym, że Tadeusz Łomnicki "tak kochał teatr, że marzył, by umrzeć na scenie" i o tym, ile razy straszył swoich studentów, udając, że ma zawał. Adolf Dymsza w garderobie tuż przed spektaklem ciął nożykiem znaleziony kij, by na wypadek, gdyby następnego dnia umarł, potomni mogli powiedzieć ze łzą w oku "a jeszcze wczoraj strugał patyczek".

Sęk w tym, że Dymszy wyreżyserowany numer z patyczkiem ostatecznie nie wyszedł, a życie Jenkins jest prawdziwe.