Alegoryczne i quasi-misteryjne widowiska Agaty Dudy-Gracz aż się proszą o wprowadzenie w postaci stylizowanej przypowieści. Oto pewnego dnia zdumiony i utrudzony wędrówką podróżnik spotyka w leśnej głuszy piękną kobietę, która z umorusaną buzią uwija się na maleńkiej polance, budując z pni drzew gustowny model katedry Notre-Dame.

"Przepraszam, ale na co ci tu dom boży, moja pani?" - pyta podróżnik. - "Zwierzątkom jak św. Franciszek chcesz głosić dobrą nowinę?"

"Zwiodły cię zmysły, wesoły wędrowcze" - rzecze panna. - "Po pierwsze to nie żaden kościół, tylko spalarnia śmieci, po drugie Boga nie ma, po trzecie zwierzątkom zaraz łebki się pourywa, a po ostatnie wreszcie, zapamiętaj sobie bucu, mam na imię Zenek".

Zwodzą nas jak zawsze pozory, oj zwodzą. Siedzimy sobie grzecznie w ślepej kiszce czasu zapełnionej ludzkimi odpadkami, a przecież jest to widownia Teatru Słowackiego. Mamy rok pański 1474, a może 2007. Ciemnogród jak zawsze. Głos za ściany streszcza historię zbudowanego na scenie obiektu, proponuje trasy zwiedzania. Mimowolnie rozdziawiając gębę delektujemy się rozmachem plastycznej istalacji: tu kura, tu manekin, tam całe mnóstwo sztucznych pajęczyn… Palec nie może się powstrzymać przed pokazywaniem cudacznych obiektów.

Głowa jednak za palcem nie podąża. Choć reżyserka zadała sobie trud zderzenia wizji a la Bosch i Breughel z naszą Polską religijną codziennością. Choć szóstka bohaterów spektaklu, czterech starców, kurwa i mistrz, daremnie usiłuje uchronić się przed kostuchą, która chodzi po świecie i zabiera drani na tamten świat. W kilku retrospekcjach poznajemy losy uwięzionych w przytułku ludzi, widzimy sceny z ich świata. Raz drwiące, raz wulgarne, raz gorzkie.

Wykreowana rzeczywistość ma jednocześnie podobać się i przerażać. Już w tym założeniu tkwi jakiś nierozwiązywalny konflikt interesów przedstawienia. Z jednej strony jest próba opisania naszej polskiej dewocji i eschatologicznego zakłamania, z drugiej manifestacyjna niedzisiejszość, widoczna choćby w scenograficznych inspiracjach, które Duda-Gracz znajduje w głębokich latach 50. minionego stulecia. Pół biedy, gdyby umiała w te trącące myszką, przegadane struktury tchnąć nowe życie. Między lepszymi lub gorszymi scenami spektaklu widać jednak dziury jak w szwajcarskim serze, puste zagłuszanie jęku nieogranej przestrzeni, której szóstka aktorów nie potrafi wypełnić sobą. Raz po raz siada rytm przedstawienia.

I co z tego, że trafiają się piękne obrazy, jak scena ostatnia, w której na stos trupów sypie się piasek z nieba? Że Tomasz Międzik przejmująco mówi monolog Mistrza w tej lepszej z dwóch uwertur do spektaklu? Że wciąga nas w finałowym epizodzie paradoks istnienia jego cudownie zmartwychwstałej córki (intrygująca Marta Konarska), która zna plugawe tajemnice jej najbliższych i dlatego musi umrzeć jeszcze raz z ręki ojca.

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Duda-Gracz zafascynowana od lat teatrem Andrzeja Dziuka próbuje powtórzyć jego receptę na liryzm, metafizykę i drwinę pogodzone ze sobą w jednym spektaklu. Jednak kolejny raz wizja świata wykreowana przez reżyserkę okazuje się niewiarygodna. Jakby wszystko, co oglądamy, było wykalkulowane, bezpieczne dla widza i aktora. Dlatego mimo szlachetnych intencji „Galgenberg” nie jest widowiskiem drapieżnym intelektualnie, ani dojmująco współczesnym, ani oszałamiająco bluźnierczym. Nawet metafizyka jakaś poodejrzana.

Dudę dopada przekleństwo ładnego obrazka, dopieszczona estetyka zabija emocje scenicznego bluźnierstwa. Wedle zamieszczonej w programie dyrektorskiej recenzji twórczości młodej reżyserki teatr Agaty Dudy-Gracz, "spadkobierczyni Szajny i Kantora, penetruje przestrzeń między sacrum i profanum". Zgoda, brawo. Problem jednak w tym, jakie to sacrum i jakie to profanum jest. A jest tym razem - nieprawdziwe.



"Galgenberg"
Na motywach sztuk Michela de Ghelderode, scenariusz, reżyseria i scenografia: Agata Duda-Gracz.
Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Premiera 26 maja