Miller napisał "Czarownice z Salem" w odpowiedzi na antykomunistyczną histerię, która opanowała USA w początkach lat 50.

Izabella Cywińska: Republikański senator, Joseph McCarthy, stanął na czele komisji, która miała tropić komunistów. Wielu niewinnym osobom złamano kariery. Dotknęło to także Millera. Zaszczuty, bezrobotny pisarz opisał wówczas autentyczną historię procesów czarownic, które miały miejsce pod koniec XVII wieku w miasteczku Salem w okolicach Bostonu. Powieszono wtedy 19 kobiet i mężczyzn, ponad 150 osób trafiło do więzienia. A dowodem w sprawie były pomówienia: najczęściej sąsiada. Arthur Miller wykorzystał tamto zdarzenie żeby rozliczyć się z mechanizmem współczesnego terroru, ujawnić okrucieństwo władzy w tępieniu odmiennych poglądów.

Miller przekonuje, że trzeba i warto próbować dochować wierności własnym przekonaniom. Zwłaszcza w najtrudniejszych momentach.

Pisarz wspominał w "Dziennikach", że McCarthy przez cały czas mówił o uczciwości i wartościach, a jego jedynym orężem były kłamstwa i donosy w imię dobrej sprawy. Wartość "Czarownic…" polega na analizie zjawiska. Mechanizm ludzkiej natury jest niezmienny, zmieniają się tylko napiętnowani: czarownice, komuniści, agenci, Żydzi, Cyganie, homoseksualiści. A obłęd to także obłudne szukanie grzechów w świecie skażonym nienawiścią do drugiego człowieka.

Polowanie na czarownice powtarza się od wieków.

Dlatego kiedy Jan Buchwald, dyrektor Teatru Powszechnego, zwrócił się do mnie z propozycją wyreżyserowania "Czarownic z Salem", natychmiast się zgodziłam. Sztuka nawiązuje do wielu naszych niepokojów i frustracji. Przecież jesteśmy w Polsce świadkami nieustannego polowania na czarownice: niektórzy "schwytani" kończą w więzieniu, inni - jak Barbara Blida - kończą ze sobą. To przerażające.

Miller pokazał, jak plotka staje się pomówieniem. Ocena – wyrokiem.

To samonakręcający się mechanizm. Niebezpieczna gra, która miażdży ludzi, wywraca sumienia, daje glejt uczciwości różnym szemranym typom.

Spektakl będzie polityczny?

Oczywiście, ale chciałabym zachować balans. Opowiadając historię rozgrywającą się w XVII wieku, wierzę, że uda mi się także pokazać uniwersalność tematu. Grozę "wczoraj", która zadziwiająco przekłada się na trwogę "dzisiaj".

Tekst trochę się zestarzał.

Jeśli chodzi o zawiązanie intrygi, prowadzenie akcji, to dramaturgiczny majstersztyk, ale język, w każdym razie ten znany z tłumaczenia, jest już passé. Musiałam dokonać wielu zmian. Chciałabym, żeby przedstawienie nie było plakatem ani ramotą, tylko „pokazem mody” na nienawiść - przez stulecia.

"Czarownice z Salem" są niekiedy turpistycznie zabawne.

A czy nie jest zabawny dzisiejszy egzorcysta: jego gesty i opowieści o ogniu piekielnym i szatanie, którego wyrzuca z ciała grzesznej niewiasty? Mnie to śmieszy. Ale turpizm dramatu Millera polega na tym, że w pewnym momencie - śmiech grzęźnie nam w gardle.

Ważnym aspektem sztuki jest dwuznacznie pojęta moralność. Kłamstwo jest cnotą, prawda często oznacza śmierć. Pracując nad "Czarownicami z Salem" mam wrażenie, że jest to dramat, który napisał wielbiciel tragedii antycznej. Bohaterowie nie mają dobrego wyboru. Każdy kończy się jednakowo tragicznie. Jeżeli oskarżony przyzna się do paktowania z Lucyferem, nie pójdzie na szafot; ale gdy zgodnie z prawdą mówi, że nie ma nic z nim wspólnego - czeka go śmierć. Ten moralny dysonans jest mocno zarysowany. Najszlachetniejszym okazuje się grzesznik Proctor. Jego niepohamowana namiętność do Abigail Williams uruchomiła całą spiralę zła, ale jako jeden z nielicznych bohaterów, wyszedł z moralnej potyczki zwycięski. Choć cena, którą musiał zapłacić, była najwyższa z możliwych.

Bohaterowie "Czarownic z Salem" są nie do końca źli, niespecjalnie dobrzy.

To znowu brzmi niepokojąco aktualnie. Chciałam, żeby rolę pastora Halle zagrał Krzysztof Stroiński, bo on ma w sobie tę ambiwalencję. Jest aktorem niedefiniowalnym. Pastor Stroińskiego początkowo szczerze wierzy w te duchy i czary, ale gdy siłą charakteru rozeznaje manipulacje i terror pod płaszczykiem frazesów i przesądów, wie już, że nie chce mieć z takim światem nic wspólnego. W końcu decyduje się powiedzieć głośno o quasi-religijnym kłamstwie. Złamać dogmaty - po to, żeby zyskać prywatny dogmat szczerości. Pokazuję zwycięskiego człowieka wątpiącego.

Trzeba wątpić, żeby wygrywać?

Tak, inteligent musi wątpić we wszystko. Jesteś, dopóki wątpisz.

W filmowej adaptacji "Czarownic z Salem" z 1996 roku (w reżyserii Nicholasa Hytnera) ogromne znaczenia miała erotyczna więź łącząca Abigail i Proctora.

Od tego wszystko się zaczyna. Szaleństwo erotyczne Abigail uruchamia inne szaleństwa.

Pracujesz w Teatrze Powszechnym. Ta scena od wielu miesięcy nie ma dobrej passy.

Było, minęło - jest już nowa dyrekcja. A nasza praca nad Millerem przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Ten wspaniały, poraniony zespół czeka na normalność. Wszyscy pracują, wszyscy się starają.

Co jakiś czas uciekasz od teatru: do telewizji i kina; na kilka miesięcy albo kilka lat. Zawsze jednak wracasz.

W kinie byłam ostatnio zmuszana do zbyt wielkich kompromisów. W telewizji oceniają nas osoby niekompetentne. Mam nadzieję, że to się teraz nareszcie zmieni. W IV RP jako artysta tylko w teatrze czułam się wolna. Teatr okazał się artystycznym azylem dla niezależnie myślących.