Pierre de Marivaux "Umowa, czyli łajdak ukarany"
Reż: Jacques Lassalle.
Teatr Narodowy w Warszawie
Prapremiera polska: 5 marca

p

Przedstawienie Lassalle’a jest przyjemnością chodzenia labiryntem kultury. Nowoczesne technologie oświetlenia, dekoratorskie materiały nieznane w czasach Marivaux użyte zostały przez Dorotę Kołodyńską do zbudowania scenografii imponującej myśleniem o tradycji teatru i łączeniem jej z myślą współczesną. Na scenie wciąż obecna jest Natura. Towarzyszy akcji, buduje nastrój, jest aktywnym aktorem przedstawienia. Jest jednak skonwencjonalizowana, zgodnie z estetycznym ideałem Baroku i Rokoko dążących do włączenia przyrody w wielkie teatrum tej epoki. Ogromną scenę Teatru Narodowego zamykają z boku drzewa. Są obrazami pokrywającymi ogromne plastikowe płachty. Zawieszone jedne za drugimi coś przypominają ludziom znającym historię teatru. To przecież dawne teatralne kulisy. Ruchome reflektory o zmiennych kolorach światła wyczarowują w scenicznym prospekcie pierzaste chmury, wędrujący księżyc przeświecający zza gęstwiny drzew. Hrabina siada na ogrodowej huśtawce tak dobrze znanej ze słynnego obrazu Fragonarda, reprodukowanego zresztą w programie przedstawienia. Zwraca uwagę ruch sceniczny, wypracowany, baletowy niemal gest dłoni Małgorzaty Kożuchowskiej powstrzymującej zbytnią śmiałość Lelia (Grzegorz Małecki), baletowa płynność i elegancja kroku. To jest dzisiejszy barokowy teatr, a właściwie jego poetyka z całą konwencjonalnością – przystosowana wszakże do wrażliwości człowieka XXI wieku.

„Umowa” z Teatru Narodowego łączy zatem dwie, tak zdawałoby się różne epoki. W formalnej warstwie delektuje się teatralnością na poziomie czystego piękna. Pewnie wbrew pewnym modnym trendom, które podobną teatralność odrzucają.

CZYTAJ: rewelacyjna "Umowa, czyli łajdak ukarany" >>>

Jeśli dodać do tego przekład Jerzego Radziwiłowicza godzący wymóg „pięknej mowy” tak cenionej w czasach francuskiego Klasycyzmu, do którego przynależy dzieło Marivaux, z komunikatywnością i rytmem, tak cenionymi przez dzisiejszą widownię, i w tej dziedzinie mamy harmonijne połączenie tradycji z nowoczesnością. Tak, w tym spektaklu Marivaux rozpoznałby zapewne swój teatr – tak jak my rozpoznajemy swój. „Umowa” to gorzkie wyznanie niewiary w świat, w którym uczucie przelicza się na pieniądz, a miłość stała się przedmiotem handlowej transakcji. Bohaterowie rajfurzą sobą, w ten krąg zepsucia dostaje się nawet fałszywy Kawaler – dziewczyna w męskim ubraniu pragnąca ukarać za cynizm Lelia, czyli tytułowego łajdaka. Gra w łże-miłość uprawiana przez postacie Marivaux jest przegraną wszystkich – w finale przedstawienia Hrabina, Lelio i Kawaler, wreszcie uwolniony od męskiego stroju w zwiewnej kobiecej sukni, siedzą za biesiadnym stołem sztywni i kompletnie sobie obojętni. W tych ludziach z innego czasu bez plakatowego „uwspółcześniania”, tanich przebieranek w nowoczesne ciuchy rozpoznajemy naszą epokę – równie zepsutą, cyniczną i wyzutą z moralnych skrupułów.

CZYTAJ: rozmowa DZIENNIKA z Jerzym Radziwiłowiczem >>>

„Umowa, czyli łajdak ukarany” Marivaux na scenie Teatru Narodowego jest wydarzeniem niezwykłym. Nie tylko dlatego, że Jacques Lassalle pokazał w Teatrze Narodowym artystyczną klasę dziś niestety nieosiągalną dla większości polskich reżyserów, nie tylko dlatego, że przywiózł do Polski tekst będący prapremierą po 250 z górą latach. Nie tylko dlatego, że Małgorzata Kożuchowska, Grzegorz Małecki, Jerzy Łapiński i Jerzy Radziwiłowicz tworzą wybitne role, z których radziwiłowiczowy Trivelin, sprytny sługa, a zarazem sędzia tego zepsutego świata, to chyba najwybitniejsza kreacja w tym przedstawieniu. W chwili gdy literacki teatr, teatr postaci, psychologicznej prawdy, rzemiosła najwyższej próby zepchnięty został na peryferie, dzięki pracy Lassalle’a, Kołodyńskiej i aktorów Narodowego pokazał niesłabnąca siłę. I tego faktu zwyczajnie nie można zanegować.