„I będzie wesele...j”
scenariusz i reżyseria: Piotr Waligórski
Teatr Bagatela w Krakowie
Premiera: 27 marca 2009 roku

p

Z przyczyn rodzinno-oczywistych nie piszę o premierach krakowskiej Bagateli. Tym razem jednak złamię tę zasadę, bo po prostu muszę odnotować powrót Piotra Waligórskiego. Kiedyś głównego speca od wczesnych dramatów Demirskiego („Padnij!”, „From Poland with Love”), wiodącego reżysera nowohuckiej Łaźni („Cukier w normie”). Waligórski robi teatr z doskoku i od wielkiego dzwonu, chyba ciężko mu się zmusić do pracy, w próby wchodzi niechętnie, jakby nie odpowiadało mu tempo pracy, ceremonie rozmów sezonowych z dyrektorami w całej Polsce, przekonywanie do siebie aktorów w nowym miejscu. To typ reżysera, który potrzebuje parasola ochronnego, zaufania i komfortu. Ale jak już zacznie, to okazuje się, że ma rękę do współczesnych tekstów, udaje mu się niepodobna do niczego estetyka, kanciasty impresjonizm, gęsta obyczajówka z onirycznymi szpilami z piosenek. W jego teatrze banał brzęczy jak mucha wygrywająca skrzydełkami „Odę do radości”.

Tym razem wyprowadza się z blokowisk i koszar i zamyka ze swoimi bohaterami w domu wariatów. „I będzie wesele...j” to jego debiut dramatopisarski, jak sam tłumaczy – taki przewrotny prequel do sztuki Demirskiego „Nieprzytomnie”, z której wyjął główną bohaterkę Teresę. Teresa jest młodą terapeutką, dostaje pracę w szpitalu psychiatrycznym, w obu spektaklach Waligórskiego gra ją ta sama aktorka – niepokojąco neurotyczna Paulina Napora. Po zakładzie oprowadza ją Dyrektor (Krzysztof Bochenek), obleśny cwaniak, kto wie, co tak naprawdę ukrywający przed chorymi i personelem.

Jest co pokazywać. Przedstawienie funkcjonuje w zabytkowej przestrzeni Sceny na Sarego. Biel, secesja, ornamenty i rzeźby na ścianach stają się częścią świata przedstawionego. Otaczają złożony z kilku pomieszczeń (pokój Teresy, gabinet dyrektora, świetlica, korytarz szpitalny) moduł do grania. Wygląda to tak, jakby byle jaki barak zagnieździł się wewnątrz pałacu. Powoli złażą się pacjenci. Żadnej agresji, krzyków, nerwowości. Wycofani do wewnątrz, otępiali od leków, spokojni starsi panowie i panie, dziecięco rozszczebiotane młode kobiety, grzeczni kawalerowie.

Waligórski akcentuje ich dobre maniery, wzajemną sympatię i uczynność. To nie zsyp dla kalek i chorych, to rodzina alternatywna. Oni nie chorują, raczej bawią się w dom. Odgrywają młodość i dzieciństwo w codziennych rytuałach, tworzą wspólnie z terapeutami imitację prawdziwego życia. Dla przybysza z zewnątrz, Teresy, to miejsce to także urlop od życia. Jest tu się na chwilę, która trwa lata albo już na zawsze. W ramach terapii zajęciowej Teresa zdaje się przekraczać granicę między zdrowiem a chorobą, jakby to nie ona była dla swoich pacjentów, a oni dla niej. Pracę z chorymi traktuje jako ucieczkę od własnych prywatnych kłopotów, bo ma zranione serce (porzucił ją mężczyzna), bo zbliża się depresja. Przyglądamy się nieśpiesznie, do czego prowadzi ukrywanie przed chorymi, że też jest się chorym. Ład świata w zakładzie zostaje zaburzony. Pojawia się nie tyle nieszczęśliwa, co niemożliwa do spełnienia miłość chorej Marysi (efektownie debiutuje w tej roli Magda Grąziowska) do nowego chłopaka w szpitalu, potem ich strach przed normalnym związkiem, ucieczka i próby samobójcze.

Historia, którą opowiada Waligórski, niepostrzeżenie rozmywa się w szpitalnym bezczasie, ma wyraźny początek, ale finał wybrzmi wyłącznie w śpiewanej przez Marysię piosence. Ale Waligórski nie celuje w dziwny musical z domu wariatów. W ten sam sposób songi Teresy komentują jej stan ducha, wyrażają to, czego nie da się powiedzieć. „I będzie wesele…j” nie mierzy w wielką metaforę. Waligórski kładzie po prostu pokotem las naszych uprzedzeń i stereotypów. Nie ma ludzi chorych i ludzi zdrowych, granica jest płynna. Tak naprawdę liczy się tylko miejsce, w którym się znajdujemy. To ono nas nazywa, ono otwiera i zamyka.