O czym jest „Dość!”?

RAFAŁ KMITA: „Dość!... dobry wyrób kabaretopodobny” – bo tak brzmi pełny tytuł – to będzie tryptyk. Teraz pokażemy „Wieczór czerwony”, w przyszłym roku „Wieczór niebieski”, a za dwa lata „Wieczór zielony”. „Wieczór czerwony” będzie dosyć ostry, agresywny. Jest tu sporo satyry obyczajowej, politycznej. Myślę, że wracam do swoich korzeni, jeśli chodzi o agresywność. Jeszcze sześć lat temu nie byłem aż tak ostry jak teraz, przygotowując „Dość!”. Pozostałe części, zgodnie z kolorami, będą już łagodniejsze w swejwymowie.

Czyli na pewno nie zabraknie aluzji do naszego życia społeczno-politycznego?

Tak, ale będzie też o zwykłych ludziach. Zaglądamy do okien, patrzymy, co ludzie robią, jak żyją, jak układają sobie wzajemne relacje. Ale przede wszystkim śmiejemy się z siebie. Z siebie jako aktorów, ze mnie jako autora.

Do swoich spektakli angażuje pan zawsze aktorów z krakowskich teatrów. Myślał pan, by nawiązać współpracę z aktorami warszawskimi?

Z Warszawy mamy w Grupie już dwóch. Są to Krzysiek Pluskota i Arek Lipnicki.

Ma pan na oku kogoś jeszcze...

Nie tylko mam na oku, ale nawet na próbach – trzy dziewczyny, które ukończyły wydział wokalno-aktorski szkoły teatralnej. Jedna z nich jest z pochodzenia Greczynką, druga rdzenną Ukrainką, a trzecia góralką. To naprawdę świetne dziewczyny o niezwykłych głosach. Można z nimi góry przenosić. Są znakomitymi aktorkami, a poza tym każda z nich gra na instrumencie (jedna jest skrzypaczką, druga kontrabasistką, a trzecia gra na fortepianie), co na pewno wykorzystam. Może jeszcze nie w „Wieczorze czerwonym”, ale w kolejnych możliwe, że tak. Mamy też nowego aktora – Karola Wolskiego.

Jak wytłumaczyłby pan tak ogromną popularność Grupy Rafała Kmity? „Wszyscyśmy z jednego szynela” z ogromnym powodzeniem grany jest od 12 lat.

Nie wiem, czy jesteśmy aż tak szalenie popularni. Na pewno nie jest to popularność „popowa” i o taką nigdy nam nie chodziło. Owszem, chcemy mieć jak najwięcej publiczności, bo to jest miłe, jak ludzie przychodzą, ale ja zawsze ceniłem sobie jakość widzów. Dla mnie istotne jest, kto przychodzi na spektakl. Zawsze sobie myślę, że chciałbym, aby był to widz, z którym mógłbym później pójść na kawę i porozmawiać. Po tych wszystkich latachrzetelnej pracy dorobiliśmy się właśnie takiego widza. I cieszę się, że mamy komplety, że możemy grać kilkanaście spektakli w miesiącu. I ja się trochę uczę od publiczności, i odwrotnie. Gramy tego „Szynela” od 12 lat, pokazaliśmy go już ponad 400 razy. Uważam, że to niezły wynik. Myślę, że jest to spektakl uniwersalny, że za 20 lat z takim samym powodzeniem będzie go można grać. „Aj-waj” też mam nadzieję się nie zestarzeje. Myślę, że to właśnie uniwersalny wymiar jest tajemnicą długowieczności tych przedstawień.

Pański kabaret zdobył najważniejsze nagrody na wszystkich liczących się festiwalach i przeglądach w Polsce. Jakie stawia pan sobie jeszcze wyzwania?

Do nagród z czasem podchodzi się z dystansem. One są ważne na początku, kiedy wchodzi się w daną dziedzinę sztuki, bo to w jakiś sposób definiuje człowieka. Z czasem te wyróżnienia przestają bawić, natomiast ważna zaczyna być publiczność i odbiór. Akurat w komedii, w kabarecie fajne jest to, że po reakcjach widowni można zorientować się, czy coś jest dobre, czy nie. Śmiech nie kłamie.

Nie kusiło pana nigdy, by znaleźć dla Grupy stałą siedzibę?

Na razie nie. Dzięki Bogu mam bardzo dobry teatr w Krakowie – Teatr STU. W Warszawie też zawsze znajdę przytulisko w jakimś teatrze. Wychodzę z założenia, że jeśli robi się rzetelną rzecz, to znajdą się ludzie, którzy będą mieli interes w tym, żeby przygarnąć. Robienie teatru to jest zupełnie inna dziedzina. Generalnie staram się unikać wszelkich obowiązków poza tymi związanymi z pisaniem, tworzeniem, reżyserowaniem. Dlatego nie przyjmuję propozycji pracy w szkołach teatralnych, w telewizji, pisania jakichś dodatkowych scenariuszy. Koncentruję się maksymalnie na tym, co robię, dlatego że potrzebuję wolności. Muszę mieć skrzydła, żeby fruwać. Myślę, że gdybym poszedł na jakikolwiek etat, to prędzej czy później bym te skrzydła stracił.

A jak postrzega pan teatry prywatne zakładane przez aktorów, takie jak warszawskie: Polonia, Capitol, Kamienica?

To jest przyszłość teatru. Jestem przeciwnikiem teatrów repertuarowych. Uważam, że powinno być tak jak na Zachodzie, gdzie jest kilka teatrów narodowych, które grają klasykę i na to dostają od społeczeństwa pieniądze. Natomiast pozostałe teatry powinny być prywatne. Często pracuję z aktorami z teatrów repertuarowych i widzę, jak ogromna jest różnica między nimi, a aktorami, którzy są na wolnym rynku. Oczywiście na korzyść tych ostatnich. Teatr trzeba kochać – każdy rekwizyt, każdy element scenografii. A kocha się wtedy, kiedy samemu się go dotknie w sensie produkcji, wymyślenia go. W teatrze repertuarowym jest jak w urzędzie. I to jest przykre. Bo to jest taka dziedzina, która urzędem być nie powinna.