Dziennik Gazeta Prawana logo

Libera - nowy klasyk sztuki współczesnej

4 grudnia 2009, 13:55
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
Jego prace z lat 80. uznawane są za kanon... Tyle że od niedawna. Wcześniej był właścicielem klubu, felietonistą i wielkim galeryjnym nieobecnym. Zbigniew Libera opowiedział nam, jak czuje się w roli nowego klasyka.


Strasznie długo, bo aż 11 godzin pociągiem. Ale jak się jedzie sypialnym nocnym, to jest to prawie bezbolesne. Zresztą nie w każdym sensie z Pragi do Warszawy jest daleko. Im dłużej tam mieszkam, tym bardziej mi się wydaje, że to w zasadzie kolejne polskie miasto.


Nie, obieg sztuki ma zupełnie inną specyfikę. Pierwszą uderzającą rzeczą jest to, że w Czechach nie istnieje tak rozbudowany rynek jak w Polsce. Niewielu jest czeskich artystów, którzy są zauważani na świecie. Oni nam nawet tego troszeczkę zazdroszczą. Jakiś czas temu brałem udział w spotkaniu w praskiej galerii Svedska, zorganizowanym specjalnie po to, by zastanowić się, czemu polskim artystom - no, przynajmniej dwudziestu - udało przebić się do międzynarodowego obiegu, a czeskim nie… Taka rzeczywistość artystyczna jest bardzo interesująca. W Pradze bardzo wyraźnie widać, że sztuki nie robi się dla żadnych innych powodów niż sztuka, podczas gdy w Polsce często podejrzewa się artystów o działanie dla jakichś mniej szlachetnych celów. Poza tym w Pradze większość produkcji artystycznej pokazywana jest w małych galeriach o charakterze eksperymentalno-studyjnym, takich jak przed laty u nas Dziekanka. To są miejsca, gdzie dzieje się coś ciekawego, chociaż to nie zawsze sztuka pierwszej klasy.


Posługując się pewnym skrótem myślowym - tak. Artyści są pasjonatami. Widać też, że muszą dokładać bardzo dużo pieniędzy do tego, co robią. Mają małe szanse na granty, stypendia czy inne formy wsparcia. Ja sam wychowałem się właśnie w takim świecie, tak wyglądała rzeczywistość lat 80., kiedy debiutowałem.


Ano właśnie! Jestem tym wszystkim trochę zdziwiony i oczywiście ucieszony. Jak to możliwe, że wracam do wielkiej galerii? Myślę, że najwłaściwsza odpowiedź będzie brzmiała: przeżyłem, przetrwałem, udało mi się kontynuować sztukę, nie odpadłem z żadnej z tych przyczyn, dla których się odpada. Moje prace z lat 80., które pokazuję w Zachęcie, są tak samo dobre jak były kiedyś. Na ich analizę, interpretację i pozycjonowanie bardzo wpłynęła moja późniejsza działalność. Gdybym nie robił nic w latach 90., pewnie nie zwrócono by na nie uwagi. Może ta czasowa zależność to powód, dla którego tu się dziś znajdujemy. Wielokrotnie w sztuce było tak, że trzeba było czekać dwadzieścia albo czterdzieści lat na zainteresowanie konkretnymi pracami artystów, którzy już od dawna tworzyli co innego.


Niszczyłem je. Sukcesywnie. Drąc, wyrzucając, paląc nimi w piecu. Jest nawet taki film, którego nie będę pokazywał w Zachęcie, nazywa się po prostu „Niszczenie prac”. To wideo pokazuje autodestruktywny stosunek, który cechuje moją sztukę, ale też obrazuje moją niepewność w tamtym czasie. Nie wiedziałem wtedy, czy to, co robię, jest dobre, czy to ma sens, czy to w ogóle jest sztuka. Byłem bardzo krytyczny wobec tych rzeczy i dlatego je niszczyłem. Teraz zaczęło się ich odkrywanie. Pierwsze spektakularne działanie wokół tych rzeczy miało miejsce w 2006 r., kiedy wraz z warszawską galerią Raster postanowiliśmy pokazać fotografie z początku lat 80.


No cóż, myślę, że to jest pierwsza z serii prac, które Tate ode mnie kupi… „Jak tresuje się dziewczynki” nie zostało zauważone wcześniej z kilku powodów. W latach 80. uwaga skupiała się wokół spraw politycznych, w 90. też nie było rozwiniętych instytucji, nie było krytyków, którzy mogli dostrzec siłę tej pracy. Mamy cholernie dużo do nadrobienia. Historyczna linia łącząca publiczność ze sztuką została definitywnie przecięta. Jeszcze w latach 90. poważni krytycy wskazywali Magdalenę Abakanowicz jako prekursorkę sztuki krytycznej. Musiałem się wykłócać i dowodzić, że tak nie jest. Walczyłem o status i rozpoznanie sztuki krytycznej, nawet agresywnie, ale wiedza na ten temat była zablokowana, zasłonięta. Być może bardzo przyczyniła się do tego galeria Foksal z Wiesławem Borowskim i jego donos, który napisał w latach 70. na tzw. pseudoawangardę. To całe uwikłanie jest zresztą świetnie opisane w książce Łukasza Rondudy i Piotra Uklańskiego „Sztuka polska lat 70. Awangarda”. Ten album daje widzowi szansę, by zobaczył, skąd się bierze taka sztuka, jak dzisiaj się ją robi.


Tak. A jak już jesteśmy przy tym wątku, to nie mogę się oprzeć, żeby nie przypomnieć mojej pracy „Mistrzowie” z 2003 roku – serię sfingowanych artykułów prasowych o artystach, którzy popadli w pewnego rodzaju niebyt: Zofii Kulik, Andrzeju Partumie, Janie Świdzińskim i innych. Cykl powstał w wyniku niedosytu, który odczuwałem. Postanowiłem - no cóż artysta może zrobić w sprawie zniknięcia ważnych ludzi z obiegu sztuki? - zrobić pracę, która będzie dziełem. I chyba od „Mistrzów” zaczęło się uważne przyglądanie się tym artystom. W pewnym sensie czuję skuteczność tej pracy. Zwróciła ona uwagę, że tacy artyści w ogóle byli. Myślę, że w znacznej mierze pod wpływem tego cyklu Rodunda zaczął się zajmować tematyką lat 70. i 80.


Antonin Artaud jest wielkim klasykiem, to wcale niczemu nie przeszkadza…


Ależ pieniądze od Tate to nie jest poziom zarobków Sasnala! Bycie w kolekcji Tate to ogromne wyróżnienie, ale nieprzekładające się na materialny status. A jeśli chodzi o jezioro Como - nie muszę kupować tam domu, będę tam jeszcze w przyszłym roku. Dostałem nagrodę w formie stypendium od Fundacji Rockefellera. Miejsce pobytowe to właśnie Como.


Chyba najbardziej prawdziwe będzie, jeśli powołam się na moją biografię. W 2006 roku poważnie zachorowałem, wylądowałem w szpitalu, miałem operację, w zasadzie mogło się to wszystko bardzo źle skończyć. Po tym po prostu musiałem zmienić tryb życia, potrzebowałem rekonwalescencji. Cudem uratowany myśli trochę inaczej o życiu. Zrozumiałem, że oprócz mojej strony publicznej, oprócz tego, że jestem artystą, należy mi się jakieś życie prywatne. Wyjechałem do Grecji.


Tak. Żyłem w taki sposób. Starożytni Grecy odróżniali dwa życia: jedno to było „bios” – życie obywatela , a drugie to „zoe”, określające życie samo w sobie. Roślina albo zwierzę żyje w ten sposób. I ja zapragnąłem odzyskać swoje zoe.


Tworzenie klubów to były ścisły wymóg sytuacyjny. Muszę przypomnieć, że początek tego stulecia był dla mnie bardzo zły. W naszym kraju bardzo poważnie się na mnie obrażono, a z drugiej strony przez niektórych byłem uważany za tak wielkiego, że po prostu przestano mnie zapraszać. Przez 10 lat nie miałem wystawy w Warszawie.


Nieźle. Podchwytliwe pytanie. Ale ostatnie, o czym się myśli, robiąc sztukę, to konsekwencje… Tak czy inaczej byłem w sytuacji mocno kryzysowej. Musiałem zrobić coś, żeby mieć za co zjeść obiad. A jak się ma klub, to można podejść do kasy, wyjąć 5 złotych i wydać je na jedzenie. Po drugie nie chciałem robić czegoś, co nie sprawiałoby mi przyjemności albo co bym uważał za nieważne, nie chciałem się degradować. Nad warszawskim barem na Chłodnej 25 jest wypisana sentencja z Tadeusza Kantora: „Wszelką rewolucję artystyczną wywołują kawiarnie”. Takie miejsca są nie mniej ważne niż galerie, trzeba tworzyć obieg do spotkań między artystami różnych dziedzin. W Warszawie w ogóle takich miejsc nie było, a ja wielokrotnie widziałem na przykład w Nowym Jorku poetyckie slamy, kluby, gdzie puszczana jest kompletnie niekomercyjna muzyka.


No tak, trzeba było jakoś zarobić na życie. Takie pisanie felietonów to nie są żadne wielkie pieniądze, ale to mi pozwalało utrzymać swój telefon. Poza tym właściwie już na samym początku powstał w redakcji pomysł, żeby każdy z tych felietonów był ilustrowany moim portretem. Tych fotografów, którzy pstrykali moje zdjęcia, było wielu: była i Zorka Project, i Zbyszek Stelmaszczyk, i Zuza Krajewska (jej zdjęcie Zbigniewa Libery wykorzystaliśmy na okładce „Kultury” - red.). W pewnym momencie te zdjęcia stały się ważniejsze niż sam tekst.


Tak… Nigdy nie złożono mi propozycji, żebym został wykładowcą na polskiej akademii. Były za to propozycje z innych dziedzin. Dwa lata temu prowadziłem w Poznaniu tygodniowe seminarium w Instytucie Historii, ale nie Instytucie Historii Sztuki. Brzmi to bardzo dziwne, ale jest racjonalne. Do współpracy zaprosiła mnie Ewa Domańska, która jest historykiem nowoczesnym i wykorzystuje moje zdjęcia z cyklu „Pozytywy” do nauki historii. Zostałem zaproszony przez nią na konferencję dotyczącą Holokaustu. Myślę, że potrzebny był jakiś artysta i padło na mnie, ale współudział w konferencji razem z Zygmuntem Baumanem i innymi wielkimi osobowościami był dla mnie ogromnym wyróżnieniem.


To zależy od propozycji. Nie mogę powiedzieć za dużo, ale pojawił się wreszcie taki pomysł, w którym chciałbym wziąć udział. Nie jestem natomiast pewien, czy chciałbym się przeprowadzić z powrotem do Polski. Praga bardzo mi się podoba. To jest idealne miejsce do mieszkania. W Warszawie ciągle mi brakuje miejsc, w których można się napić dobrego piwa, dokąd chodzi się nie po to, żeby wylądować z głową pod stołem.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj