W zeszłym roku byłem praktycznie nieobecny. Podziwiałem uroki Bliskiego Wschodu, przejechałem całe Stany, ciężko pracowałem w Chinach, poznawałem ludzi i miejsca bez pośrednictwa agencji Reuters – ten rodzaj doświadczenia trudno jest przecenić. Jednak w Poznaniu żyją ludzie, których bardzo dobrze znam, część z nich darzę sporą dozą sympatii, mam tu pracownię, w której powstaje większość moich prac i, choć obiektywnie rzecz biorąc, jest nieco zagracona, świetnie się w niej czuję. W Pekinie miałem do dyspozycji przestronne, wygodne i świetnie oświetlone studio zaprojektowane przez światowego formatu architekta, warunki do pracy były cieplarniane. Ze względu na dystans i różnicę czasu koledzy nie odwiedzali mnie, nie dzwonili, żebym gdzieś z nimi poszedł. Nic mnie nie rozpraszało, ale też czułem się wyalienowany – to wpłynęło na sposób, ale też efekt mojej pracy. Oba miejsca mają swoje mankamenty i niedogodności, ale też dostarczają całej gamy doznań, którymi żywi się moja sztuka.
Nie jestem zatwardziałym humanistą, ale zezwierzęcenie to drobna przesada. Wystawa zbierająca "motywy zoomorficzne w twórczości Radka Szlagi" powstała w równym stopniu dla żartu, co z autentycznej potrzeby, ale też z chęci odejścia od pokracznej publicystyki, która dominowała w moich starszych obrazach. Nie ma jednego powodu, dla którego przyklejam sobie metkę animalisty. Są to prace bardzo różne, każda z nich to nieco inna historia. Czasem impulsem jest czysto estetyczne zauroczenie maślanym spojrzeniem bydlaczka łypiącego ze znalezionej fotografii; rozbieram taki wizerunek na atomy i go redefiniuję. Innym razem powodem jest nagły przypływ nostalgii za miejscami, które odwiedzałem w dzieciństwie. Jeszcze kiedy indziej mozolnie szukam i buduję obraz pełen znaczeń, a motywy zwierzęce dodają mu symbolicznej głębi. Są też prace powstałe z przeświadczenia o głęboko zakorzenionym we mnie prowincjonalizmie, który postanowiłem pielęgnować, będąc gdzieś tam w świecie.
Izoluje widza od wystawy. Jest jej częścią, ale jednocześnie enklawą, łatą z łat, zacerowaną skarpetą, której ciepło lubimy, lecz której nie należy wkładać, wybierając się na wernisaż.
"Dom myśli", szopa, altanka, nie posiada jednoznacznej definicji. Jako osoba niemająca czasu na nic, postanowiłem upiec dwie pieczenie za jednym zamachem i zdecydowałem się na logistyczny majstersztyk: uprzątnąłem swoją pracownię, przeniosłem ją na wystawę, jednocześnie nadając wnętrzu tej galeryjnej konstrukcji bardziej kameralny, przytulny, mniej artystyczny charakter. Istnieje takie detektywistyczne powiedzenie: "Pokaż mi swoje śmieci, a powiem ci, kim jesteś". To najjaśniejsza iluminacja ego artysty – pozostałe prace są bardziej uniwersalne.
Wystawę skonstruowałem jako kolejny obraz, o niejednolitym natężeniu. Część przestrzeni puszczona jest swobodnie, na samopas, gdzie indziej robi się gęsto. Tu ważna jest intensywność koloru i forma, z kolei w innym miejscu trzeba pogrzebać głębiej w szpargałach semantyki. Można ją oglądać z dystansu jako całość, można również dać się wciągnąć poszczególnym pracom, takie przynajmniej było moje założenie. A "szopa", jak ją nazywasz, jest taką matrioszką czy szkatułą skrywaną jedna w drugiej.
Mówisz o "Liskach". To nie obraz ubrany w T-shirt, lecz T-shirt jako autonomiczne medium stające się płótnem naciągniętym na krosno. Zmienia się nie tylko niesiony "message", przekształceniu ulega natura samego medium, a to już poważna historia.
Bardzo lubię obrazy. Obietnice oświeceniowych filozofów o przezroczystości medium przestały być aktualne. To takie igraszki ze szkatułkową formą, podczas których nośnik i przekaz staje się tożsamy.
Jest dekadencko, autorefleksyjnie i do rdzenia szczerze, jednak, żeby nie przytłoczyć odbiorcy moim ego, całość ubrana jest w formułę łamigłówki bez jedynej właściwej wykładni, bez początku i końca, źródła ani celu, a o pewnych decyzjach nie jestem w stanie opowiedzieć słowami, dlatego maluję.