Nauka

Reklama

Śpiewanie mam we krwi, bo pochodzę z muzycznej rodziny. Mój ojciec jest pianistą, brat babci grał jazz na fortepianie, a jedna z cioć była śpiewaczką operową. Mnie jednak rodzice nie wysłali do szkoły muzycznej. Zdałam do niej dopiero jako nastolatka. Wcześniej jako dziecko śpiewałam głównie w domu. Mieliśmy wszystkie albumy Steviego Wondera, które do dzisiaj znam na pamięć. Wychowałam się na Led Zeppelin, Bobie Marleyu, Jimmim Hendriksie. W szkole średniej chciałam zostać aktorką, ale zrezygnowałam z Akademii Teatralnej, kiedy w 1996 roku dostałam od kolegi płytę Elli Fitzgerald. Zakochałam się w tej muzyce od pierwszych dźwięków. Pobiegłam do sklepu po album "Kind Of Blue" Milesa Davisa i zaczęłam pasjami słuchać instrumentalnego jazzu. Tego samego lata do mojej szkoły przyjechała grupa Amerykanów na warsztaty jazzowe. Jazz daje dużo przestrzeni do wyrażenia siebie, czego nie odnajdywałam w innych gatunkach muzycznych. To muzyka improwizowana, nie ma w niej miejsca na rutynę. Każdy koncert jest inny, każdą nutę można śpiewać inaczej, interpretować słowa w różny sposób, bawić się rytmem, artykulacją, brzmieniem. Chciałam poznawać jazz. Pomyślałam, że najlepiej będzie pojechać do źródła. Z kolegami ze szkoły nagrałam pierwsze demo i wysłałam je do Kalifornii na Stanford Jazz Workshop. Spodobało się i dostałam stypendium. Na miejscu okazało się, że to, co robię, ma sens.

Miejsce

Nowy Jork to mekka jazzu. Po raz pierwszy byłam tam 10 lat temu. Do dzisiaj jeżdżę tak często, jak tylko mogę. Tam są moje ulubione kluby m.in. Village Vanguard, Smalls, Bar55. Uwielbiam spacerować po Brooklynie. Ostatnio mieszkałam parę miesięcy na Queensie. Z jednej strony getto murzyńskie, obok dzielnica Pakistańczyków i Hindusów. Mieszają się kolory, zapachy, smaki, dźwięki przeróżnej muzyki. Codziennie poznajesz kuchnię innego egzotycznego kraju, mimo że przejeżdżasz tylko na inną ulicę. W takim kulturowym tyglu dobrze się czuję. Trochę mi tego brakuje w Polsce. Tu wszystko jest mono. Dlatego uwielbiam podróże.

Praca

W Stanach grałam między innymi w kultowym Joe’s Pub na Manahattanie, kilku klubach na Brooklinie i legendarnym Blues Alley w Waszyngtonie. Amerykanie lepiej niż my znają jazz, codziennie można wybierać spośród masy koncertów. Biegałam na nie jak uzależniona i dzięki temu poznałam ciekawych młodych artystów. Ich historie nauczyły mnie pokory. Zobaczyłam, że w Nowym Jorku nawet wybitni muzycy miewają ciężko. Trudno im utrzymać się z jazzu, który nie przynosi takich dochodów jak pop czy rock. Ja też przez lata uczyłam angielskiego i prowadziłam filię szkoły językowej założonej przez moją mamę, więc na śpiewanie pozostawały mi tylko wieczory. Dostałam w tym czasie kilka propozycji nagrywania bardziej komercyjnych płyt, ale odmawiałam, bo interesowała mnie tylko dobra muzyka. Choć jazz jest zdominowany przez mężczyzn, brak mu blichtru i glamouru, który zwykle towarzyszy show-biznesowi, dzięki niemu przetrwałam trudne momenty. Wydałam już dwie płyty i czuję, że wreszcie jest mój czas.

Sport

Z łezką w oku oglądałam finał turnieju tenisowego J&S Cup w Warszawie. Do czternastego roku życia trenowałam tenis ziemny. Byłam mistrzynią Warszawy juniorek i zawodniczką Warszawianki. Dzisiaj grywam rzadziej. Od dziecka jeżdżę też na nartach. Najbardziej lubię stoki we włoskich i francuskich Alpach. Sport nauczył mnie wytrzymałości psychicznej, dał siłę do walki.

Muzyka

Lubię instrumentalny jazz. Kocham muzykę akustyczną. Cenię pianistów tj. Billa Evansa i Theloniousa Monka, Herbiego Hancocka. Podoba mi się brzmienie saksofonu Wayne’a Shortera, Sonny’ego Rollinsa, Joego Hendersona, Bena Webstera i śpiew Shirley Horn, Carmen McRae czy Joni Mitchell. To nieskończona lista… Jazz jest muzyką intelektualną o pięknej melodii i harmonii, ale rytm i groove też są dla mnie ważne. Dlatego interesuję się też tym, co dzieje się na rynku muzyki neosoulowej. Czasem słucham Dwele, Me’Shell Ndegeocello, Jill Scott, Angie Stone, Mary J. Blige, D’Angelo. Często wracam też do Prince’a, Donny Hathaway, Steviego Wondera. Być może któraś z moich kolejnych płyt będzie utrzymana w podobnej stylistyce.

Lektury

Do mola książkowego mi daleko, czasem zabieram się za trzy książki na raz i długo nie mogę ich skończyć. Lubię oniryczne, szulzowskie klimaty, szczególnie we współczesnym wydaniu. Ostatnio czytałam pełną tajemnic powieść "Cień wiatru" Carlosa Luisa Zafona, ciepłą "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" Jonathana Safrana Foera, bajkową "Śmierć pięknych saren" Ota Pavela i ciekawą, bardzo smutną autobiografię Niny Simone. Ostatnio zabrałam się za pisanie tekstów do mojej kolejnej płyty. Nie jestem poetką i ciężko mi idzie, bo mam w sobie dość dużo samokrytycyzmu. Łatwiej mi się śpiewa po angielsku niż po polsku. Takie teksty lepiej brzmią, są gładsze. Zresztą znam ten język od dziecka. Ojciec dostał stypendium w Anglii i mieszkaliśmy tam przez kilka lat.

Obrazy

Jestem wzrokowcem. Na świat patrzę jak na obrazy. Dlatego tak bardzo lubię kino Pedra Almodovara i Barcelonę z kolorowymi budynkami, dziwną architekturą Gaudiego i kościołem La Sagrada Família, który wygląda jak element bajkowego planu filmowego. Kiedyś pasjami oglądałam albumy impresjonistów, był czas Klimta, Chagalla, Degasa. Bardzo podobają mi się zmysłowe obrazy Modiglianiego. Ostatnio zafascynowała mnie XIX-wieczne surowe malarstwo japońskie i czarno-biała fotografia Jamesa Van Der Zee czy dokumentalne migawki z Nowego Jorku lat 40. fotoreportera znanego jako Weegee.