Film zaczyna się w konwencji kina akcji. Jest strzelanina, wybuch, sceny w więzieniu, tortury, ucieczka. Potem nagły zwrot i oglądamy kameralny dramat. Gra pan z odbiorcą?
Lubię widza wodzić za nos. Ale lubię też, kiedy ktoś mnie w kinie zaskakuje, sugeruje wieloznaczne interpretacje. Zależało mi, żeby wstęp był enigmatyczny. Wiadomo tylko, że po jednej stronie mamy żołnierzy amerykańskiej armii, a po drugiej facetów w turbanach. Wojna, w której uczestniczą, jest anonimowa.
Zadałem sobie dużo trudu, żeby nie było jasne, czy bohater jest winny, czy nie. Mógł znaleźć się tam zupełnie przypadkowo, a mógł być częścią perfidnego planu zasadzki, o której nie wiemy.
Ale skojarzeń z tajnymi więzieniami CIA oraz wojną z Al-Kaidą pan nie uniknie.
Reklama
Interpretację pozostawiam widzom. Dla mnie jest to współczesna, okrutna baśń o tym, jak człowiek zostaje sprowadzony do roli dzikiego zwierzęcia, które musi zabijać, żeby się uratować. Elementy, które mogłyby identyfikować miejsce i przyczyny konfliktu, nie interesują mnie, ale były konieczne, żeby widz wiedział, co spowodowało, że bohater znalazł się w tej strasznej sytuacji.
W scenie, w której zakrwawiony bohater odjeżdża na białym koniu, można się dopatrzyć symboliki narodowej.
Chodziło mi o coś innego. Myślałem w kategoriach estetycznych: biały śnieg, biały koń, czarny las i czerwona krew. Ale jeśli to dla kogoś niesie symbolikę narodową – niech będzie.
Kolejny raz sportretował pan outsidera. Tym razem jednak przesunął pan jego wykluczenie poza granice człowieczeństwa – bohater zachowuje się jak zwierzę.
Na ogół bohaterami moich filmów byli outsiderzy. Tu jest to posunięte do krańca. Mamy prawo nienawidzić bohatera. Dopuszcza się czynów, które nie mieszczą się w żadnym kodeksie postępowania, prawnym, etycznym i moralnym. Widocznie problem i temat outsidera mnie drąży. To przewrotna sytuacja. Zdawałem sobie sprawę, że widz do pewnego momentu będzie trzymał z underdogiem. Wkalkulowałem to, a jednocześnie oczerniłem bohatera tak, że większość ludzi po wyjściu z kina zapewne go potępi.
Dlaczego powierzył pan główną rolę Vincentowi Gallo? Amerykanin uchodzi za trudnego człowieka?
Używa pan zbyt delikatnego określenia. Vincent to wysoce konfliktowy jegomość. Ale wszystkie problemy, które stwarzał, były warte poświęceń. Gallo stworzył unikalną kreację, nie wyobrażam sobie nikogo, kto by to mógł zagrać lepiej. Przygotowując się do roli przez ponad pół roku, Vincent zapuścił brodę i włosy, co szalenie pomaga przy wcielaniu się w postać, i to nie tylko dlatego, że oszczędza się czas na charakteryzacji. To mu pomogło uzyskać tę niesłychaną autentyczność, ale jednocześnie niebezpiecznie zbliżyło do manii, na którą cierpi wielu aktorów – chodzi o metodę Stanisławskiego i pełne utożsamienie aktora z graną przez niego postacią nawet w życiu prywatnym.
Dochodziło do spięć na planie?
Grając człowieka wyalienowanego, który jest sam przeciwko wszystkim, Vincent celowo skonfliktował się z całą ekipą. Ze mną miał jawne scysje, w których na szczęście udało mi się zachować zimną krew. Mieliśmy kilka momentów krytycznych. Na przykład w scenie walki z drwalem bohater rzucał się przeciwnikowi na plecy, po czym obaj staczali się ze zbocza. Kiedy Vincent zobaczył stromiznę, zażądał, żeby zdublował go kaskader. Próbowałem go przekonać, żeby zrobił to sam, bo zależało mi na tym, by na jednym ujęciu utrwalić jego twarz. Gallo nie chciał o tym słyszeć, po czym wypalił: "A może ty sam to zrobisz?". Skoczyłem znienacka potężnemu, ponaddwumetrowemu drwalowi na plecy i sturlaliśmy się w urwisko. Za chwilę wstałem i otrzepałem się ze śniegu. Na górze cisza. Po chwili ekipa zaczęła bić brawo. Vincent nie miał więc wymówki i zagrał tak, jak chciałem.
Do biegania boso po śniegu w 30–stopniowym mrozie też go pan tak przekonał?
Z tym też były hece. Vincent zastrzegł, że ujęcie może trwać tylko do dwóch minut i oczywiście miał tu rację. Zaraz po zatrzymaniu kamery musiało do niego błyskawicznie doskakiwać kilka osób z kurtką, kocami, termosami z gorącą herbatą. Ale niech tylko ktoś zamarudził choćby pół sekundy, to już była awantura i straszliwy wrzask. Leciała litania przekleństw i pretensji, że w Europie nie ma się szacunku dla hollywoodzkiego artysty. To trochę dziecinne, ale z drugiej strony Vincent był poddawany autentycznym torturom. No niech ktoś spróbuje biegać boso, w drelichu, z kajdanami u nóg i rąk po śniegu przy 30-stopniowym mrozie.
W "Czterech nocach z Anną" reżyserował pan pająka i muchę. W "Essential Killing" jest już menażeria: dziki, sarny, jeleń, łoś, psy, mrówki i koń. Łatwo się pracuje z nieludzkimi aktorami?
Mam dobre doświadczenie z treserami, którzy pracowali przy "Czterech nocach". Do tego stopnia, że planowaliśmy zaangażowanie żubra. Ale nie udało się go wyreżyserować.
Czyżby król puszczy odmówił współpracy?
Jeździliśmy do niego do Białowieży, ale bez skutku. Żubr okazał się bardzo krnąbrnym aktorem. Natomiast łoś zagrał fantastycznie. Tak samo jeleń – to jego łypnięcie okiem do kamery było fantastyczne. Obaj aktorzy byli miejscowi, z hodowli na Mazurach. W reżyserowaniu zwierząt bardzo pomogli mi synowie, którzy byli reżyserami drugiej ekipy. To oni wybierali zwierzęta i są współautorami scen z ich udziałem.
A w jaki sposób powstała scena, w której chmara psów uznała bohatera za członka sfory?
To znowu zasługa doskonałej tresury i moja przytomna choreografia. W scenie jednocześnie zagrało czterdzieści identycznych psów. Asystowało przy tym kilkunastu treserów wydających zwierzakom komendy i rzucających jedzenie poza kadrem. Dodatkowo Vincent miał pod ubraniem kilkanaście parówek.
Nagrodzony w Wenecji "Essential Killing" to największy sukces polskiego kina na tym festiwalu od blisko dwóch dekad. Szykuje pan kolejny film?
Nawet o tym nie myślę. W przeciwieństwie do wielu kolegów, którzy mają kartotekę pomysłów, zawsze pracuję tylko nad jednym projektem. W tej chwili mam zero pomysłów i żadnej chęci do robienia kolejnego filmu. Chcę na jakiś czas wrócić do malowania, które jest moją ogromną pasją.