Nowy czerwcowy termin ma wreszcie pomóc i w dystrybucji naszych najlepszych produkcji, i w ich skuteczniejszej reklamie. Właśnie promocja nagradzanych w Gdyni filmów na rynkach zagranicznych wydaje się najważniejszym zadaniem, jakie stoi dziś przed włodarzami naszej kinematografii.
Wiadomo było, że gdyński festiwal ze środowiskowej fety z czerwonymi dywanami, celebrą i poklepywaniem po plecach musi się zmienić w imprezę, owszem, prezentującą roczny dorobek naszej kinematografii, ale w formule otwartej na świat. W tym mniej więcej kierunku: nadania Gdyni renomy, wypracowania marki, odmłodzenia kadr, zmierza nowy szef artystyczny festiwalu – krytyk i dziennikarz TVP Kultura Michał Chaciński, którego wybór odbył się w aurze środowiskowego skandalu. Konkurs na to stanowisko wygrał wprawdzie dziennikarz "Polityki" Janusz Wróblewski, ale komitet organizacyjny postanowił ostatecznie powierzyć funkcję dyrektora Chacińskiemu. Ten zaś zapowiadał przede wszystkim staranniejszy wybór filmów. I słowa dotrzymał. Z 41 zgłoszonych tytułów do konkursu zakwalifikowało się tylko 12, podczas gdy w poprzednich latach regularnie startowało w nim co najmniej 20 filmów.
W konkursowej stawce znalazło się aż pięć debiutów: "Daas" Adriana Panka, "Ki" Leszka Dawida, "Kret" Rafaela Lewandowskiego, "Lęk wysokości" Bartka Konopki i "Sala samobójców" Jana Komasy. Sporo tytułów znamy już z kin: "Czarny czwartek" Antoniego Krauzego, "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego, "Młyn i krzyż" Lecha Majewskiego, "Italiani" Łukasza Barczyka. Stawkę uzupełniają premiery: pierwszy od kilkunastu lat film Barbary Sass "W imieniu diabła", "Wymyk" Grega Zglińskiego oraz moim zdaniem jeden z faworytów festiwalu – "Róża" Wojciecha Smarzowskiego. "To tegoroczna ekstraklasa polskiego kina" – mówi Chaciński. "Filmy, które można bez wstydu pokazywać na świecie. Jeśli chcemy uczciwie traktować widzów i twórców, musimy w konkursie pokazać wyłącznie dzieła intrygujące, udane bez taryfy ulgowej".
Taki kierunek zmian popiera szefowa PISF Agnieszka Odorowicz, ale decyzje Chacińskiego, czego można się było spodziewać, nie wszystkim przypadły do gustu i natrafiły na spory opór branży. Poniekąd zresztą zrozumiały, bo przecież festiwal, który jednak od swego charakteru narodowej prezentacji uciec nijak nie może, traci trochę swój panoramiczny charakter.
Reklama



Mały skandal wybuchł, gdy Jacek Bromski wycofał z konkursu swój najnowszy film "Uwikłanie", co mogło zostać odczytane dwuznacznie: albo jako symboliczny sprzeciw wobec polityki ostrej selekcji, ale też wyraz chęci ucięcia wszelkich podejrzeń o konflikt interesów. Z drugiej jednak strony w konkursie powinny brać udział filmy najlepsze, a "Uwikłanie", które zostanie w Gdyni pokazane na specjalnym seansie, jest filmem w swej klasie udanym. Z konkursu do ostatniej chwili może zostać wycofany "Wymyk" Zglińskiego, w przypadku gdyby dostał się do Wenecji. Z tych samych powodów nie zobaczymy nowych filmów Małgorzaty Szumowskiej ("Sponsoring") oraz Agnieszki Holland ("W ciemności"). Wygląda więc na to, że w tym roku Gdynia będzie festiwalem odświeżonym, ale nieprezentującym wszystkich najlepszych polskich filmów.
Otwarcie na świat poparte medialnym szumem zapewnić miały Platynowe Lwy dla Romana Polańskiego, który jednak nie pojawi się na festiwalu osobiście (równoległą nagrodę dostanie wreszcie Tadeusz Konwicki), nie będzie nieco sztucznie wydzielonego konkursu kina niezależnego, a skład dwóch gremiów jurorskich jest międzynarodowy jak jeszcze nigdy. Zasiądą w nim m.in. tworzący w Wielkiej Brytanii reżyser Paweł Pawlikowski, również od lat pracujący za granicą operator Ryszard Lenczewski, izraelski twórca głośnego "Walca z Baszirem" Ari Folman, Maja Ostaszewska, Mariusz Treliński, pisarz Walter Kirn, Leszek Możdżer, producent Robert McMinn i teoretyk filmu Ludmilla Cvikova.
Tym bardziej jest więc nadzieja, że uda się w tym roku uniknąć werdyktów głupich, koniunkturalnych i wybrać filmy, które będą miały szansę zdobyć popularność również za granicą, a aura sukcesu otaczająca od jakiegoś czasu polskie kino zostanie podtrzymana.