Dziennik Gazeta Prawana logo

Agnieszka Glińska: Dzieci lubią się bać

19 stycznia 2008, 17:19
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Agnieszka Glińska
Agnieszka Glińska/Inne
Od 12 stycznia w warszawskiej Lalce można oglądać "Wiedźmy" Roalda Dahla. O tym, co znajduje w teatrze dla dzieci, opowiada reżyser Agnieszka Glińska.

Rzadko... Widziałam w operze okropnego "Dziadka do orzechów”...

Straszny niesmak i wstyd za aktorów...

Cały czas staram się kierować pamięcią o tamtym doświadczeniu. I robię w teatrze takie historie, jakie sama lubię i chciałabym obejrzeć. Przestawiam sobie taką wajchę z percepcją w głowie i sprawdzam, czy się wciągam w historie czy nie.

Tak. Wolność.

Od jakichkolwiek ograniczeń...Radość tworzenia i używania wyobraźni, która mi jakoś na co dzień trochę rdzewieje; wolność od tego "grzebania do spodu” w psychologicznych bebechach, jak w tzw. dorosłym teatrze. Tu przychodzę na próby i budzę w sobie wewnętrzne dziecko - zamiast dociekać, dlaczego jakiś bohater nie umie kochać albo roztrząsać, dlaczego zabił, zastanawiam się, kiedy Pan Nilsson (małpka Pippi) powinien obsikać policjanta…(śmiech) Ta praca to dla mnie rodzaj szlachetnej zabawy - nie potrafię tego inaczej nazwać. Żeby jednak nie stracić czujności, sprawdzam efekty, przyprowadzając na kolejne etapy prób swoje dzieci albo zapraszając dzieci aktorów. Cały czas robimy "wewnętrzne dziecięce kolaudacje”.

Córka nie widziała jeszcze "Wiedźm” do końca. Zapytała więc "Mamo, a co się dzieje na końcu, że te wiedźmy jednak się polepszają?” Ja na to odpowiadam, zgodnie z prawdą, że one się nie "polepszają”. Na co ona, po chwili, mówi: "To lepiej zrób takie przedstawienie, żeby one się polepszały”.

Tak. Sztuka nie ma typowego happy endu. "Wiedźmy” są gatunkiem, którego w teatrze sama nie widziałam nigdy. Właściwie to jest... thriller dziecięcy.

Nic. Bo myślę, że się dzieci na tym spektaklu będą bać - a nawet: powinny się bać. I nie ma w tym nic okrutnego - dzieci, tak samo jak dorośli, lubią się bać. W końcu po to się robi horrory.

Pamiętam, jak mój syn zobaczył po raz pierwszy film na podstawie tej książki, gdzie zostały wykorzystane chyba wszystkie możliwe triki Hollywood - gnijąca skóra, zmieniające się oczy, węże... Nie mógł spać przez pół roku... Język naszego spektaklu będzie inny, bez naturalizmu. Odwołuję się do świata wyobraźni, unikając dosłowności, choć niebieska ślina, taka, jaka maja prawdziwe wiedźmy, oczywiście będzie (śmiech).

Raczej metafora tego, że nie wszystko jest tym, czym się wydaje. I ostrzeżenie, że zło bywa nierozpoznawalne. W tej bajce wiedźmy bowiem objawiają się w bardzo kulturalnych paniach, które nie dość, że są dystyngowane, to działają w Towarzystwie Do Walki Z Okrucieństwem Wobec Dzieci. Zło bywa zamaskowane, niemal niewidoczne, nierozróżnialne. Trzeba więc wyostrzyć słuch i wzrok i wiedzieć, że Zło się dość przewrotnie czai.

Cała historia jest próbą oswojenia życia, w którym zło istnieje. Przekroczeniem progu, po którym zaczynamy dostrzegać, że nie zawsze jest miło i bezpiecznie. Inaczej bym tej sztuki nie robiła. Niesłychane wrażenie zrobiło na mnie zdanie, które przeczytałam w wywiadzie z prof. Leszkiem Kołakowskim: szczęśliwy to człowiek może być tylko do piątego roku życia, a może sobie czasem odczuwać szczęście - na przykład jedząc jabłko.

Tak się ta historia zaczyna. Inicjacyjnie - to jego pierwsze prawdziwe życiowe doświadczenie. Ginie parasol ochronny, czyli mama i tata. Trafia pod opiekę Babci i musi skonfrontować się ze światem na nowo. Staramy się oczywiście dbać o cudzysłów - historię o nich opowiadają więc „wiedźmolodzy”; a przedstawienie jest jakby "kursem” przygotowawczym pt. "Jak się przygotować do spotkania z wiedźmami”...

W ostatniej scenie babcia pyta, czy nie jest mu przykro. Odpowiada jednak: "Zupełnie nie. To nie ważne, kim się jest, jeśli tylko ktoś cię kocha.”. Żal, który zostaje po finale tej sztuki, że on nie wrócił do ludzkiej postaci, zostaje zrównoważony tym, że zostaje z kimś, kto go kocha takim, jakim jest. To zdanie było dla mnie najważniejsze. Bo ta prawda jest dojmująca; bezgraniczna akceptacja, którą Babcia daje chłopcu, będzie - mam nadzieję - dla widza siłą dającą moc oswojenia tego, co nas w życiu może spotkać. Przecież rodzice bardzo często chcą, by dzieci spełniały ich oczekiwania, przenosimy na dzieci swoje własne niespełnienia i pragnienia. A miłość owej Babci jest akceptowaniem, wybaczaniem i dawaniem opieki - tak rozumiem miłość. Wtedy zło już nie jest takie straszne.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj