Dziennik Gazeta Prawana logo

Krzysztoń: Unikam duchowej trucizny

22 marca 2008, 03:20
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
To, co widzimy w telewizji, co czytamy w gazetach, jest tylko fragmentem rzeczywistości. Od 25 lat jeżdżę z koncertami, często występuję w kościołach, gdzie spotykam młodych ludzi, i widzę, że jest mnóstwo wspaniałej wierzącej młodzieży - mówi DZIENNIKOWI Antonina Krzysztoń.


*: Dla mnie to przede wszystkim przygotowanie duchowe, bo jestem praktykującą katoliczką. Staram się wziąć udział w rekolekcjach, żeby zastanowić się nad sobą. Nasze codzienne życie przypomina coraz szybszy bieg, a rekolekcje to czas, kiedy człowiek zatrzymuje się, spotyka się sam ze sobą, ale przede wszystkim spotyka się z Bogiem.


Psychoterapia może nam pomóc zrozumieć siebie, ale to jest zetknięcie się dwojga ludzi, a nie spotkanie z Bogiem. Trzeba sobie zdać sprawę, że jesteśmy grzesznikami i żadna psychoterapia nas nie oczyści i nie zbawi…


Dla mnie Francja duchowo to Taizé, to Marta Robin.


A co teraz pani o tym myśli? Czy było to dla pani jakąś wartością?


Tak, widziałam te zmiany, o których pani mówi, i widzę je nadal. Mogę powiedzieć, że mam luksus, że nie jestem teraz w pani wieku. Wiem, że macie bardzo trudno. Nam było prościej, bo mieliśmy konkretnego wroga - Ruskich i komunistów - a sprawy bytowe były nieistotne, bo wszyscy i tak mieli figę z makiem. Nie było konkurencji. Nie trzeba się było nawet ścigać w kończeniu dobrych studiów, bo i tak ważna była tylko czerwona książeczka. Teraz jest walka, żeby być najlepszym. Ale myślę, że to kiedyś przyhamuje. Nie jestem przeciwko pieniądzom - niech się pieniądze nas trzymają, ale nie na odwrót. Jednak jeżeli nie służą naszemu rozwojowi - są zbędne. Wyrosłam w rodzinie, w której wpojono mi taki system wartości. Mieszkałam u mojej cioci Haliny Mikołajskiej i Mariana Brandysa, którym bardzo wiele zawdzięczam. I dlatego staram się, tak jak oni, nie kierować sukcesem i materią. Być może dlatego nie jestem osobą promowaną. Na początku, w latach 80., śpiewałam i grałam dla wszystkich. W pewnym momencie zostałam włożona w szufladę piosenek religijnych. A ja po prostu śpiewam o tym, co jest dla mnie istotne, o Panu Bogu też. Na świecie nikogo to nie dziwi, ale w Polsce tak. Kiedy nagrywałam płyty w podziemiu, w latach 80., wśród moich piosenek znalazł się Hymn o miłości ze św. Pawła. I wtedy nikomu to nie przeszkadzało. Kiedy w latach 90. chciałam zatytułować piosenkę Dziękuję Ci, Boże, firma nagraniowa powiedziała mi, że to nie przejdzie. Okazało się, że w kraju, który w dalszym ciągu jest katolicki, nie ma otwartej drogi dla ludzi konsekwentnie idących tą drogą. Teraz na szczęście trochę się to zmieniło.


A jednak nie! To, co widzimy w telewizji, co czytamy w gazetach, jest tylko fragmentem rzeczywistości. Od 25 lat jeżdżę z koncertami, często występuję w kościołach, gdzie spotykam młodych ludzi, i widzę, że jest mnóstwo wspaniałej wierzącej młodzieży. Człowiek ogranicza się do pewnych kręgów i nie widzi wszystkich dookoła. Nadal jest wielu ludzi, którzy wybierają taką drogę jak moja. Spotkałam tylu wspaniałych księży, którzy są prawdziwymi przewodnikami, często dla samotnej młodzieży są ojcami duchowymi. Niestety dla mediów ciekawsi są ci, którzy upadli. Poznałam też ludzi pracujących w hospicjum i dzięki nim zobaczyłam, jak można żyć zupełnie inaczej. To kompletnie inny świat - i ten świat istnieje, tuż obok tego materialistycznego świata, o którym pani mówi.


Mogła ich pani nie zauważać, bo byli mniej widoczni. Są dzisiaj bardzo różni młodzi ludzie. Na przykład jest Ruch Czystych Serc, w którym młodzież ślubuje sobie czystość do ślubu. Oczywiście czystość przedmałżeńska jest wpisana w Dekalog, ale w naszym świecie zachowanie jej jest trudne. Uczestniczyłam w mszy, gdzie cały kościół był wypełniony młodzieżą. Podczas ofiarowania przynosili karteczki ze swoimi imionami i nazwiskami, jako znak tego ślubowania. A to jest tylko jeden przykład. Wracając do hospicjów. Zobaczyłaby tam pani ludzi, których motywacją jest po prostu chęć pomocy ludziom umierającym.

.
Niech pani zapyta babcię, czy czuje się spełniona i czy jest szczęśliwa. Być może dla pani babci atrakcyjne było to, co dla pani byłoby losem tragicznym. Dla niej to było życie. Ja też miałam taką babcię, która robiła wszystko dla innych. Miała życie zminimalizowane, ale jednak niezwykłe. Zazdroszczę jej, że tak potrafiła. Nie były jej potrzebne te wszystkie gadżety.

.
Człowiek jest naczyniem, które może wypełnić rzeczami i sukcesami. Ale w rezultacie się od nich uzależnia. Ja nie lubię być uzależniona. Musimy bardzo chronić siebie, bo jesteśmy w tej chwili łatwym łupem. Od kiedy sytuacja w Polsce się poprawiła, mamy iluzję, że możemy coś stwarzać. Że na przykład spowiedź zastąpimy sobie psychoterapią, a modlitwę gadżetami. Żyjemy w czasach, w których bogiem jest materia i znajduje ona wielu wyznawców. Czym są te Święta Wielkanocne? Są wyjściem ze śmierci do światła i do życia, świadomością, że Bóg nas przed tym ratuje.


Nie, nadal są dwa nurty. Ja ze swego doświadczenia mogę powiedzieć, że cierpienia, których doznałam, oczyściły mnie, pokazały mi, kim jestem. Ale nie dziwmy się, że dzieją się bardzo złe rzeczy, bo grzesząc, poszerzamy pulę zła i to my jesteśmy odpowiedzialni za tych, którzy umierają w Afryce. Jeżeli nie chcesz, by tak się działo, nie grzesz.


Mobilizacja jest dobra. Ważne jest, czemu służy. Zdaje mi się, że u pani to jest ciągle rozważanie umysłu, i to może być niebezpieczne. Mam wrażenie, że nasze drogi są kompletnie równoległe.


Bo te gadżety nie uszczęśliwiają! Dają tylko złudzenie. A co by panią uszczęśliwiło?


Czyli spełnienie siebie. Bóg, spełnienie siebie, czyste sumienie i miłość - to są cztery rzeczy, które dają nam szczęście. A spełnienie jest bardzo indywidualne. Może dzisiaj wielu ludzi nie ma kontaktu ze swoim ja, i nie ma pojęcia, co dałoby im szczęście. Zakładają, że szczęście daje im to, czym kusi świat: kariera, pieniądze, a to nieprawda. Ktoś pokazał mi niedawno swoją wystawę, myśląc, że zrobię do tego muzykę. Gdy to zobaczyłam, przez pół roku nie mogłam do tej osoby zadzwonić. To był Krzyk Muncha, to była Guernica, ale sposób ukazania tego był dla mnie nie do przyjęcia od strony ludzkiej. Wychodzę z wystaw, gaszę muzykę, wychodzę z kina, kiedy czuję, że to jest dla mnie duchowo trujące. To mogą być wielcy artyści, ale nie to jest dla mnie istotne, ważne jest to, czym się dzielą - przekaz.

Wie pani, wymową Wielkanocy jest życie, moje nawrócenie, twoje nawrócenie. To, że możemy zacząć od nowa, że On nas kocha, że możemy znowu żyć. Jeżdżę po Polsce z pieśniami wielkopostnymi i śpiewam je a capella. Jest tam pieśń, której ostatnia zwrotka brzmi tak: Do Boga powrócić może każdy człowiek. Nawet z bardzo krętej drogi widzę światło Boże. O tym jest Wielkanoc. O tym spotkaniu. Weźmy to moje spotkanie z panią - zastanawiam się, dlaczego jest to spotkanie i zaczyna mi się wydawać, że nie jest związane tylko z wywiadem, ale że spotkałyśmy się z jakiegoś powodu. Zawsze jest jakiś powód. Nie ma przypadków.


Jeszcze nie wiem.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj