Ten proceder ma już długą brodę. Gdzieś daleko od Hollywood pojawia się film, który popularnością bije na głowę produkcje made in USA. Amerykanie blokują mu drogę na swoje ekrany i wykupują prawa do scenariusza. Po czym pichcą własną wersję, którą uszczęśliwiają współobywateli oraz resztę cywilizowanego świata.

Reklama

Bohaterowie takiego remake’u muszą mówić po angielsku. Jankesi w Tajlandii mogliby kojarzyć się z seks-turystyką. Wybrano więc bezpieczniejszy, wielokrotnie sprawdzony i przeflancowano fabułę na grunt japoński. Dalej już poszło z górki.

Japonia to, jak wiadomo, kraj identyczny jak Stany Zjednoczone, tylko zupełnie inny. Zamieszkuje ją ludek o dziwacznych obyczajach. W Tokio na pewno nie można kupić lodów, a jeżeli już, są to lody o smaku rybnym. Tak przynajmniej uważa jeden z bohaterów "Shuttera", który kraj kwitnącej wiśni zna jak własną kieszeń i nawet mówi po ichniemu.

Film powiela ograne motywy, od alienacji przybyszów z Ameryki w japońskiej metropolii zaczynając , a na prześladującym ich bladolicym upiorze kończąc. Upiora można łatwo namierzyć, jeśli ma się Polaroida. Swoją drogą, szefowie firmy, której grozi zniknięcie z rynku, nie powinni przegapić koła ratunkowego, rzuconego im przez kolegów z Hollywood. Bo aparat fotograficzny widzi ducha, a rentgenowski - nie.

Dalekowschodnia formuła, która miała tchnąć w horror nowe życie, najwyraźniej się wyczerpuje. W „Kręgu” Amerykanom udało się zachować najlepsze cechy oryginału, a nawet dodać co nieco od siebie. Trochę gorzej (choć wciąż nieźle) powiódł się ten zabieg w przypadku "Klątwy" i "Dark Water".

"Shutter - widmo" nie jest filmem złym, lecz przeraźliwie banalnym. Zamiast straszyć, przynudza. Piszę to ze smutkiem, bo teraz będziemy pewnie skazani na produkcje typu "Piła 21" i "Hostel 8 ½". A z nimi jest trochę tak, jak z rybnymi lodami. Z daleka nie widać różnicy, ale smak zgoła nie ten.

SHUTTER – WIDMO, reżyseria: Masayuki Ochiai, obsada: Rachel Taylor, Joshua Jackson, Megumi Okina, dystrybucja: Cinepix, premiera: 16 lipca