Twórcy kina azjatyckiego wielokrotnie udowadniali, że potrafią pięknie opowiadać o samotności. Za kulisy cywilizacji, do opuszczonych fabryk i walących się bloków zaglądał Tsai Ming-liang, by stworzyć (od debiutanckiego "Rebels of Neon God" aż po ostatni film "Nie chcę spać sam") galerię postaci, które łączy jedno – kompletna niemożność porozumienia się ze sobą. W "Chungking Express" czy "Upadłych aniołach" Wong Kar-Waia po seriach nocnych, szybkich ekstaz mieszkańcy Hong Kongu budzili się jeszcze bardziej sami. Tych filmów nie da się oglądać z popcornem w ręku. A "Szczęście" – owszem.

Reklama

W koreańskiej produkcji z hermetycznej tradycji azjatyckiego kina artystycznego pozostało jedynie powolne tempo narracji. Reszta do złudzenia przypomina hollywoodzki melodramat – pozbawione psychologicznej głębi postaci, moralizatorskie wstawki, wreszcie przewidywalna fabuła.

Rozrywkowy mieszkaniec Seulu nadużywa alkoholu, nikotyny i kobiet. Z marskością wątroby trafia więc do położonego wśród pól sanatorium, by się leczyć i znaleźć miłość. Ciężko chora dziewczyna wagabundę usidla, a potem zaciąga do małej chaty za wsią. Jednak chłopaka ciągnie do wódki, papierosów i lokali pełnych panienek, którym śluby i dzieci jeszcze nie w głowie. Więc wraca i baluje. A tam, na prowincji konkubina w deszczu zbiera dla niego zioła lecznicze, pierze i składa jego ubrania, gotuje. Czy bohater dokona bilansu i odkryje, co jest w życiu ważne? A jeśli to zrobi, czy aby nie będzie za późno?

Banalny film Jin-ho Hura mógłby być ilustracją "Śpieszmy się kochać ludzi…" księdza Twardowskiego, ale na to szkoda mądrego wiersza. "Szczęście" niczym nie zaskakuje. Za to dużo mówi o współczesnym, azjatyckim przemyśle kultury – eksploatującym klasyczne gatunki i imitującym rozrywkowe produkcje z Fabryki Snów. Reżyserzy z Dalekiego Wschodu zawsze sięgali po zachodnie schematy kina, przerabiając je na własną modłę. Dzięki kinu akcji wsławili się Takeshi Kitano i Johnie To. Fascynacja horrorem zaowocowała obrazami Takashiego Miike czy trylogią zemsty Park Chan-wooka. Ostatnio Azjaci odkryli dla siebie nową konwencję – coraz częściej proponują miałkie wyciskacze łez, takie jak "Szczęście" czy pokazywane w konkursie tegorocznego berlińskiego festiwalu chińskie "In Love We Trust" oraz koreańskie "Noc i dzień". Być może powstały z chęci stworzenia światów odmiennych od rzeczywistości zatłoczonych ulic Tokio, Seulu czy Pekinu. Ja jednak wolę kino, które nie ucieka przed problemami i nie stara się udawać jak "Szczęście", że błaha opowiastka o miłości przekazuje prawdy o świecie.

Szczęście (Hengbok)

Korea Południowa 2007; reżyseria: Jin-ho Hur; obsada: Jeong-min Hwang, Su-jeong Lim; dystrybucja: Mayfly; czas: 124 min

Premiera: 23.05