Dziennik.pl logo

Skośnooka love story

25 maja 2008, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
"Szczeście" Jin-ho Hura to błaha historia miłosna. Bliżej jej do miałkich zachodnich romansideł niż do dzieł Wong Kar-Waia.

Twórcy kina azjatyckiego wielokrotnie udowadniali, że potrafią pięknie opowiadać o samotności. Za kulisy cywilizacji, do opuszczonych fabryk i walących się bloków zaglądał Tsai Ming-liang, by stworzyć (od debiutanckiego "Rebels of Neon God" aż po ostatni film "Nie chcę spać sam") galerię postaci, które łączy jedno – kompletna niemożność porozumienia się ze sobą. W "Chungking Express" czy "Upadłych aniołach" Wong Kar-Waia po seriach nocnych, szybkich ekstaz mieszkańcy Hong Kongu budzili się jeszcze bardziej sami. Tych filmów nie da się oglądać z popcornem w ręku. A "Szczęście" – owszem.

W koreańskiej produkcji z hermetycznej tradycji azjatyckiego kina artystycznego pozostało jedynie powolne tempo narracji. Reszta do złudzenia przypomina hollywoodzki melodramat – pozbawione psychologicznej głębi postaci, moralizatorskie wstawki, wreszcie przewidywalna fabuła.

Rozrywkowy mieszkaniec Seulu nadużywa alkoholu, nikotyny i kobiet. Z marskością wątroby trafia więc do położonego wśród pól sanatorium, by się leczyć i znaleźć miłość. Ciężko chora dziewczyna wagabundę usidla, a potem zaciąga do małej chaty za wsią. Jednak chłopaka ciągnie do wódki, papierosów i lokali pełnych panienek, którym śluby i dzieci jeszcze nie w głowie. Więc wraca i baluje. A tam, na prowincji konkubina w deszczu zbiera dla niego zioła lecznicze, pierze i składa jego ubrania, gotuje. Czy bohater dokona bilansu i odkryje, co jest w życiu ważne? A jeśli to zrobi, czy aby nie będzie za późno?

Banalny film Jin-ho Hura mógłby być ilustracją "Śpieszmy się kochać ludzi…" księdza Twardowskiego, ale na to szkoda mądrego wiersza. "Szczęście" niczym nie zaskakuje. Za to dużo mówi o współczesnym, azjatyckim przemyśle kultury – eksploatującym klasyczne gatunki i imitującym rozrywkowe produkcje z Fabryki Snów. Reżyserzy z Dalekiego Wschodu zawsze sięgali po zachodnie schematy kina, przerabiając je na własną modłę. Dzięki kinu akcji wsławili się Takeshi Kitano i Johnie To. Fascynacja horrorem zaowocowała obrazami Takashiego Miike czy trylogią zemsty Park Chan-wooka. Ostatnio Azjaci odkryli dla siebie nową konwencję – coraz częściej proponują miałkie wyciskacze łez, takie jak "Szczęście" czy pokazywane w konkursie tegorocznego berlińskiego festiwalu chińskie "In Love We Trust" oraz koreańskie "Noc i dzień". Być może powstały z chęci stworzenia światów odmiennych od rzeczywistości zatłoczonych ulic Tokio, Seulu czy Pekinu. Ja jednak wolę kino, które nie ucieka przed problemami i nie stara się udawać jak "Szczęście", że błaha opowiastka o miłości przekazuje prawdy o świecie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj