Dziennik Gazeta Prawana logo

Che Guevara jest nudny

24 maja 2008, 01:19
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Od kiedy film "Seks, kłamstwa i kasety wideo” otrzymał w Cannes Złotą Palmę, reżyser Steven Soderbergh przywozi na festiwal każdy swój nowy film. W zeszłym roku był to pozakonkursowy pokaz "Ocean’s 13". Tym razem dołączony w ostatniej chwili do głównego konkursu projekt "Che" - złożona z dwóch filmów czteroipółgodzinna opowieść o Ernesto Guevarze z Benicio Del Toro w tytułowej roli - pisze DZIENNIK.

Soderberghowi wyraźnie zaszkodziło przywiązanie do premier jego filmów na Riwierze, bo ukończona w pośpiechu produkcja pełna jest dłużyzn i powtarzających się niemal identycznych scen, za to pozbawiona jest sensu. Jeśli jego film nie zostanie przemontowany do dystrybucji kinowej, szykuje się spektakularna klapa. "Che” jest niemal hagiograficznym portretem słynnego rewolucjonisty, którego w pierwszym filmie widzimy podczas współpracy z Fidelem Castro i triumfalnych walk na Kubie, a w drugim podczas ostatniej misji w Boliwii, gdzie zaszczuty i ścigany uciekał przed rządowymi wojskami i gdzie ostatecznie został pojmany i zabity.

Po co ten film? Trudno powiedzieć, reżyser ani nie dodaje nic nowego do znanego popowego mitu Che, ani nawet nie dostrzega wszystkich faktów z jego życia, pokazując wyłącznie szlachetną twarz argentyńskiego bojownika. Szlachetnego Che, który opatruje rany żołnierzy, karmi biedne dzieci i dba o to, by zwycięzcy rewolucji nie zachłysnęli się triumfem, widzimy głównie biegającego z karabinem po lasach. Nawet jeśli tak wygląda życiowa prawda o rewolucji, to tak doświadczony reżyser jak Soderbergh powinien widzieć, że film to nie życie, a pokazując wyłącznie najmniej spektakularną stronę walk, skazuje widza na jego prywatną wojnę z sennością.

Zbyt szeroko otwarte ramiona ma też festiwal dla dwukrotnego laureata i wychowanka festiwalu Emira Kusturicy, który w niekonkursowej sekcji pokazów specjalnych pokazał dokument "Maradona by Kusturica”. Postać wielkiego gwiazdora sportu serbski reżyser wykorzystał wyłącznie jako trampolinę autopromocyjną i jak słusznie zauważył recenzent festiwalowego periodyku "Screen”, film to "portret legendy zrobiony przez człowieka, któremu wydaje się, że sam jest legendą”.

Tradycją w Cannes są też mistrzowskie lekcje kina prowadzone przez zaprzyjaźnionych z festiwalem reżyserów. W tym roku show należał do Quentina Tarantino, który przez dwie godziny opowiadał o swojej przygodzie z kinem i ilustrował konkretne pomysły na filmowe sceny fragmentami własnych dzieł. Tarantino podczas występu zwrócił się do wszystkich młodych filmowców z apelem, by zamiast tracić czas na studiowanie reżyserii czy scenopisarstwa, tak jak on ukończyli kurs aktorstwa, który jego zdaniem daje największe pojęcie o tym, jak projektować kadry.

Na festiwalu w Cannes można znaleźć wszystko, od politycznych deklaracji, po towarzyskie pogawędki ze sławami o kinie. Obok znakomitych filmów zdarzają się tu szmiry, które trafiły do konkursu po linii towarzyskiej, ciekawe dokumenty sąsiadują z akcjami społecznymi jak "Kino przeciwko AIDS” prowadzone w tym roku przez Madonnę i jej film "I Am Because We Are” czy antywojennymi jak "Day After Peace”, którego twarzą był Jude Law. I to wciąż nie wszystkie oblicza święta kina na Francuskiej Riwierze.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj