Magdalena Michalska: Światowy Dzień Pokoju 2007 był ogromnym sukcesem - szczepienia dzieci, ogromne zrzuty żywności w Afryce, zawieszenie broni w kilku rejonach, wielkie zainteresowanie zachodnich mediów. Co pan zrobi, żeby 21 września 2008 okazał się równie udany?

Reklama

Jude Law: Teraz, kiedy udało się wydeptać ścieżki w wielu organizacjach międzynarodowych i zdobyć zaufanie mediów, łatwo będzie zorganizować jeszcze szerzej zakrojoną akcję. Na pewno przez parę miesięcy będziemy jeździć po świecie i pokazywać film, który dokumentuje naszą kampanię na rzecz zawieszenia broni i jej rezultaty. Negocjujemy pokazywanie go w szkołach w Wielkiej Brytanii, USA i Francji. Wracamy też do Afganistanu, gdzie zaczęliśmy naszą akcję, bo obiecaliśmy wszystkim osobom, które nam tam na miejscu pomogły, że pokażemy im film.

Dlaczego wybraliście właśnie Afganistan?

Bo nie potrafiliśmy sobie wyobrazić gorszego miejsca na świecie - dziesięciolecia wojny, głód, zapomniane przez wszystkich części kraju. Kiedy Jeremy zapytał mnie, czy pojadę z nim do Afganistanu, lekko spanikowałem, ale pomyślałem, że skoro on może to zrobić - to ja też. W końcu dostaniemy jakąś ochronę...

Oglądając film, miałam wrażenie, że zdecydował się pan pod wpływem impulsu.

To prawda. Ale rodzinie przyznałem się dopiero po czterech dniach. Wyjeżdżałem tam tak rozemocjonowany, że nawet źle spakowałem walizkę. Pomyślałem: co może być mi potrzebne w Afganistanie - para dżinsów, kilka koszulek. Kiedy przyszedł nam do głowy pomysł zorganizowania konferencji prasowej na miejscu, okazało się, że trzeba mi kupić garnitur. Nie jest to najłatwiejsze zadanie w Kabulu (śmiech). Wszystkie leki, które miałem przed wyjazdem, wzięły się z opartych na telewizyjnych relacjach wyobrażeniach o wojnie. Nie wiedziałem, że jest tam też nadzieja, dzieci z ambicjami, wiara, że będzie lepiej. Myślałem, że tylko odrywane kończyny, krew i wybuchy.