Oglądam kraj, w którym się urodziłem i mieszkałem przez ponad 20 lat. I widzę rzeczywistość, której kompletnie nie znam. Jako młody chłopak, kiedy tylko miałem
trochę czasu, przyjeżdżałem do Polski. Nigdy nie widziałem w Wielkiej Brytanii takich industrialnych i postindustrialnych pejzaży, jak na tych zdjęciach. Jeśli jeździłem na północ Anglii,
to tylko niedaleko, w dodatku na obozy harcerskie i to polonijne. Nie miałam okazji przyjrzeć się prawdziwej, górniczej Anglii. O, popatrzmy tu. Duży budynek mieszkalny w trakcie burzenia, dumna
ekipa robotników pozuje na gruzach. Można się domyśleć, że wymarła cała przyfabryczna dzielnica, którą trzeba było rozebrać, nikt przy tym nie myślał, co się traci. Piękne zdjęcie,
bardzo mocne w wyrazie.
Nie wydaje mi się, żeby zainteresowanie tematyką społeczną było jakąś szczególną brytyjską specyfiką. To samo robili fotoreporterzy włoscy, francuscy. Zainteresowanie trudnymi tematami,
w tym społecznymi przemianami, jest ogólną właściwością fotografów. Brud i bieda dobrze wychodzą na zdjęciach, to niemal samograj.
Po studiach pracowałem w małej agencji fotograficznej i raczej robiłem tzw. ciekawostki. Reporterem stałem się dopiero w Polsce, przyjechałem tu w 1973 r. Gdy patrzę na te zdjęcia, jest mi
trochę szkoda, że wyjechałem z Anglii akurat wtedy, a nie parę lat później. Umknął mi pasjonujący moment brytyjskiego przełomu. Pamiętam jeszcze działalność związków zawodowych,
paraliżujących i destablizujących kraj. Miałem dwadzieścia parę lat, kiedy resztki brytyjskiego imperium zaczynały zmieniać się w chory, rozregulowany organizm. To się czuło i o tym się
czytało. Media donosiły o żądaniach górników, drukarzy, bankrutowały wielkie prasowe imperia. Rządy Margaret Thatcher, jej reformy i społeczny opór, miały dopiero nadejść. Mnie to
ominęło, Thatcher nigdy nie była moim premierem. Może dlatego jestem jej fanem. Oczywiście nie żałuję, że trafiłem do Polski, bo tu z kolei miałem możliwość dokumentowania narodzin
wyjątkowego związku zawodowego.
Petera Marlowa spotkałem dopiero w Polsce, w latach 80. Homer Sykes był w tej samej szkole co ja, tylko rok wyżej. Prawdę mówiąc, zapamiętałem go przede wszystkim ze względu na zabawne
nazwisko. Obaj ukończyliśmy London College of Printing, wtedy jedną z lepszych szkół fotograficznych w Londynie.
Wtedy już od dawna mieszkałem w Polsce. O tym, co dzieje się na Wyspach, dowiadywałem się z BBC, czasem wpadła mi w ręce jakaś angielska gazeta. Podejrzewam, że nawet gdybym mieszkał wtedy
w Anglii, raczej nie miałbym bezpośredniego kontaktu z takimi problemami. To kwestia środowiska, wychowywałem się w cichej i bezpiecznej dzielnicy na polskim Ealingu. Ale na tym zdjęciu
rozpoznaję znajome elementy. Widać tu architekturę wnętrz biur i urzędów w Anglii, bardzo typową, charakterystyczną, dziś trochę śmieszną.
To prawda, ja patrzę na nie jak na wyestetyzowane kadry. Te zdjęcia mają niezwykły język i formę. Spójrzmy tutaj. To takie normalne, płaskie zdjęcie grupowe. Taka kompozycja zawsze działa.
Natomiast na tej fotografii widać specyficzny kolor z lat 70., otrzymany w wyniku jeszcze niedoskonałego procesu obróbki. Można powiedzieć, że to zdjęcia gorszej jakości, ale taki efekt
dodaje atmosfery. Zabawny jest też temat - panna młoda, kilka młodych kobiet i babcia, niesamowita. Świetnie wygląda w tym sztucznym futrze. U nas w Polsce jeszcze takich babć nie ma, starsze
kobiety są tu albo piękne i dostojne, albo smutne i przygarbione. A ona wymachuje torebką i szczerzy się do fotografa.
Doceniam pomysł na zdjęcie. Szukanie absurdalnych rzeczy we wspólnotach, które nie widzą własnej śmieszności, to jedno z moich ulubionych zajęć. Chociaż rzeczywiście, na tej wystawie jest
parę bardziej klasycznych, reportażowych fotografii, które mnie poruszają. Mówią o oporze, czyli dokładnie o tym, o czym były moje fotografie z lat 80. Weźmy to zdjęcie. Północna
Irlandia, na chodniku leży żołnierz, celuje z karabinu, pilnuje porządku. Stara się być poważny, wykonywać swoją pracę. Ale ktoś przydeptuje mu karabin. To taka symboliczna forma oporu. W
Polsce w stanie wojennym wykonanie takiego gestu było nie do pomyślenia. W dodatku to, co się działo w Irlandii, było dużo bardziej brutalne i tragiczne niż polskie wydarzenia tamtego czasu. A
jednak widzimy, jak facet spokojnie sobie stoi, nogę położył na lufie, stara się utrzymać równowagę. Również pierwsze, otwierające zdjęcie wystawy jest doskonałe. Chciałbym myśleć,
że mógłbym takie robić. Bardzo mi się podoba.
Mężczyźni w ramach karnawałowej konwencji przebierają się za Jamajczyków. Mają spódniczki i dziwne czapki na głowach. To oczywiście trochę prześmiewcze i nieco rasistowskie. Grupa
przebiega przez ulicę, a tuż obok, pod maską samochodu leży facet, który zupełnie nie wie, co się dzieje. Do tego typowe paskudne domki. Nie mam pojęcia, gdzie fotograf znalazł taką
miejscowość. To bardzo surrealistyczny i abstrakcyjny kadr, bardzo w moim guście, podpatrzona, wybitnie uchwycona fotografia. A tutaj drugie zdjęcie – kobiety biegną z beczkami
palącej się smoły na głowach. Sam kiedyś robiłem o tym reportaż. Tylko ja wtedy to fotografowałem jako ciekawostkę, nie zdawałem sobie sprawy z tego, że dziś można to nazwać społeczną
fotografią.
*Chris Niedenthal, fotograf, w Polsce mieszka od lat 70., współpracował m.in. z tygodnikami "Newsweek" i "Time".
Wystawę "Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo" można oglądać w warszawskim CSW