Mamy tu zatem klasyczne śledztwo ujawniające korupcję w policji, brata zmuszonego wystąpić przeciw bratu i ojcu, który jest jednocześnie przełożonym obydwu, zdemaskowanie krewnego jako zdrajcy, a na dokładkę jest jeszcze jedna umierająca żona i inna, która dla odmiany ma wszystkiego dosyć.
Śledztwo w sprawie zabójstwa czterech policjantów prowadzi . Zabici byli podwładnymi jego brata, , który gdy wychodzą na jaw ciemne sprawki jego ludzi, najchętniej zamiótłby całą sprawę pod dywan. W aferę zamieszany jest również szwagier braci, , który na boku kręci interesy z mafią. Podział ról nie zaskakuje: mamy winnego, niewinnego i rozdartego między powinnością a lojalnością. Zresztą praktycznie od samego początku wiadomo, kto jest kim. Tym bardziej że główni wykonawcy obsadzeni zgodnie ze swym emploi bez pudła podpowiedzą jak cała historia się dalej potoczy. Farell po raz kolejny ogrywa standardowymi środkami ciepłego drania brukującego piekło dobrymi chęciami, Norton znowu przywdziewa kostium rycerza bez skazy zmuszonego otworzyć puszkę Pandory, a w rolę kochającego twardziela odkrywającego, że bezpieczna rzeczywistość to złudzenie wciela się spec od takich kreacji Noah Emmerich. Seria schematycznych konfrontacji między tą trójką z żadnych zaskoczeń nie przynosi.
Do pewnego momentu jest w całej tej przewidywalnej zabawie przynajmniej jakieś napięcie, kliszowej fabuły broni oryginalna inscenizacja scen, a dość papierowych protagonistów ułańskie szarże znakomitych aktorów. Niestety mniej więcej w połowie intryga się sypie, adrenalina ulatnia, a poboczne wątki do reszty pogrążają i tak schematyczny konflikt prawości z lojalnością w łzawych sentymentach. Tyleż infantylny, ile rażący patetyczną celebrą tak tanich chwytów, że należałoby je raczej ukryć niż eksponować. Śmieszny jest - traktowany ze śmiertelną powagą - kult macho, a patos dramatycznych w zamiarze scen przekształca je w karykaturę samych siebie. Kolubryniaste tematy: honor, zdrada, przyjaźń, lojalność, wina i kara otwierane są wytrychami tak płaskimi, że nie da się nimi wywarzyć żadnych drzwi, nawet tych prowadzących do oswojonego, sztucznego świata filmowej konwencji. Owszem miło jest czasem w takim światku kina gatunków dwie godzinki z małym hakiem spędzić. Tyle że tym razem przyjemność to jednak o tyle wątpliwa, że trudno aż tak długo przeżywać niekończące się deja vu.
---