Wydawało się, że kto jak kto, ale Frank Miller (swoją drogą, laureat dwunastu nagród Eisnera) powinien temu zadaniu podołać. Niestety, „Spirit – Duch miasta” jest porażką. Co z tego, że ambitną.
to były policjant Danny Colt. Śmiertelnie postrzelony wraca pośród żywych (jakim cudem, to się oczywiście wraz z rozwojem akcji wyjaśni) i – dzięki współpracy z policją Central City – walczy z oprychami. Całą energię koncentruje jednak na próbach pokonania swojego odwiecznego wroga – opętanego żądzą władzy złoczyńcy, któremu pomaga armia sklonowanych przygłupów i ponętna pani naukowiec – dodatkowa gwiazdka właśnie za to, że Miller postanowił zrobić z popularnej aktorki ikonę fetyszu, przebierając ją a to w mundur SS, a to w uniform pielęgniarki). Octopus pragnie nieśmiertelności, próbuje więc zdobyć starożytną krew Heraklesa, która zapewni mu wieczne życie i władzę. Na drodze złoczyńcy stanie nie tylko Spirit, ale i urodziwa – ukochana bohatera z lat młodości, teraz poszukująca zbroi Jazona (tak, tego od wyprawy Argonautów)...
Bełkot? I to jaki, a krótkie streszczenie i tak nie oddaje wszystkiego, co się tu dzieje. Wybrał to drugie rozwiązanie i – niestety – za bardzo puścił wodze fantazji. Potraktował wyjściowy materiał bez większego szacunku (choć pojawiają się tu odwołania także do innych komiksów Eisnera), przerobił go na swoją modłę, ale stracił przy tym niemal cały klimat obrazkowego oryginału. Całości dopełnia koncertowo fatalne aktorstwo. Jedynie Jackson najwyraźniej bawi się swoją rolą, reszta bohaterów – ze Spiritem na czele – przypomina raczej eksponaty z muzeum Madame Tussaud. Miller jako reżyser też nie sprawdził się najlepiej. Podkrada co prawda sprawdzone patenty od swoich kolegów, z którymi zrealizował „Sin City” – Roberta Rodrigueza i Quentina Tarantino – ale nie potrafi okiełznać swojej wizji, nadać bohaterom jakiegokolwiek ludzkiego oblicza, sprawić, by „Spirit” fascynował i intrygował, a nie drażnił.
– choć i tu opiera się przede wszystkim na zapożyczeniach. „Duch miasta” przypomina więc połączenie filmowych wersji „Sin City” i „300” z dodatkiem kilku fenomenalnych ujęć wystylizowanych na kino z lat 30. Jednak ani wizualna wyobraźnia autora, ani świetna robota operatora (Bill Pope, który wcześniej pracował m.in. z braćmi Wachowskimi przy „Matriksie” oraz Samem Raimim przy „Spider-Manie”) i specjalistów od efektów specjalnych nie mogą zakryć mielizn scenariusza, bzdurnych dialogów i najnormalniej w świecie spartaczonej reżyserskiej roboty. Jakby Frank Miller zachwycony – najzupełniej zresztą słusznie – urodą kolejnych kadrów zapomniał, że w filmie ważniejsza od obrazów jest fabuła. Twórca „Sin City” chciał narysować „Spirita” po swojemu. Zrobił to świetnie. Szkoda tylko, że wcześniej nie pomyślał o tym, aby ożywienie komiksowych kadrów powierzyć jednak komu innemu.