Dziennik Gazeta Prawana logo

Pilch: Kryzys Hożej się nie ima

19 lutego 2009, 18:48
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
Na ulicę Hożą w Warszawie kryzys ekonomiczny dociera krokiem tak żółwim, tak ospałym i tak mylącym, że na razie nie widać symptomów. Albo widać symptomy bardzo małe, albo widać symptomy czego innego. Łatwo o pomyłkę. Zwłaszcza, jak się prowadzi obserwacje powierzchowne i bez zadawania pytań - pisze w DZIENNIKU Jerzy Pilch.

Indagować wszakże niepodobna wiadomo, że natychmiast popłynęłyby wielkie opowieści i wielkie monologi o kryzysie; zaraz rozległyby się kryzysowe lamenty i kryzysowe pieśni żałobne, tym finezyjniejsze, że wieloma strofami opiewałyby rzecz, która istnieje niezbicie, ale prawie jej nie widać.

Kloszardzi tak jest ewidentnie podnieśli stawki, ale czy jest to skok spowodowany światowym kryzysem, pewności nie ma. Od lat tu koczujący kloszard o imieniu Stasiu dawniej kwotę wysokości dwu złotych przyjmował nie tylko bez szemrania, ale i z wdzięcznością. Teraz marudzi. Wyciąga łapę po staremu, ale nawet po przyjęciu datku niespieszno mu z jej chowaniem. Gapi się na leżącą na jego umiarkowanie spracowanej dłoni monetę, jakby niedowidział, gapi się z tak żarłocznym zdumieniem, jakby faktycznie pieniądz z sekundy na sekundę topniał, jakby jego wartość widzialnie spadała; następnie podnosi głowę i dając mową ciała do zrozumienia, że nie lubi być traktowany niepoważnie, cedzi chłodno: Za dwa złote piwa nie kupię.

Jeśli sytuacja taka jest symptomem kryzysu, jest to jak na razie symptom wyłącznie psychologiczny: cena piwa nie uległa zmianie, ale wzrosła stymulowana pogłoskami o kryzysie zapobiegliwość konsumentów. Pojmując zjawisko i z empatią odnosząc się do naturalnego w zapaści gospodarczej zjawiska gromadzenia zapasów, przy kolejnej okazji, po jakimś tygodniu wręczyłem kloszardowi o imieniu Stasiu pięć złotych. Tym razem specjalnie nie wydziwiał, nie odgrywał pełnych wyrazu scen pantomimicznych od razu i z całą otwartością zażądał jeszcze złotówki, albowiem pragnie kupić sobie również papierosy. Niby minął tylko tydzień, a jak wszystko na łeb na szyję poleciało!

Osobną, również psychologiczną, ale nie dość braną pod uwagę konsekwencją kryzysu jest całkowite wyziębienie stosunków międzyludzkich. Przed kryzysem kloszard o imieniu Stasiu krążył po Hożej tanecznym i pełnym zalotności krokiem. Kogóż to oczy moje nie widzą! krzyczał radośnie. Czy mogę się uśmiechnąć? Czuję, że zaraz się uśmiechnę! zagajał uwodzicielsko i uroczo szczerzył przerzedzone i poczerniałe pieńki i nawet gdy płaciło się mu raczej za to, aby przestał się uśmiechać (zapłacić orkiestrze, żeby grać przestała) i nawet gdy honorarium wynosiło tylko pół złotego, relacje personalne były pełne serdeczności i dżentelmeństwa. Kloszard o imieniu Stasiu świadom był nie tylko wyjątkowego i nagrody godnego piękna swego uśmiechu, miał też wysoko rozwinięte poczucie osobistej godności. Otrzymałem odeń w tej sprawie wartą zapamiętania nauczkę.

Któregoś mianowicie dnia, gdy po rytualnych okrzykach powitalnych: Kogóż to oczy moje nie widzą! Oj! Oj chyba się uśmiechnę! i po wprowadzeniu obietnicy w czyn uśmiechnięty od ucha do ucha kloszard o imieniu Stasiu stanął w mej bezpośredniej bliskości nie od razu byłem mu w stanie wręczyć datek, nie miałem odpowiednich drobnych, może w ogóle nie mogłem znaleźć pugilaresu, tak czy tak kontakt się przeciągał. Staś do moich poszukiwań ma się rozumieć życzliwie usposobiony, zapragnął snadź dodatkowo jeszcze czas mi umilić i wygłosił komplement zapewne szczery, ale ponieważ mężczyzna mężczyźnie dosyć rzadko takie rzeczy mówi, nieco niepokojący. Wciągnął mianowicie ze smakiem powietrze i zarzęził: Ładnie pan pachnie. Sytuację dodatkowo gmatwał głos z racji miejsca zamieszkania: krawężnik po sklepem całodobowym, oraz wynikającego z tego adresu trybu życia zdarty, niski; teraz na dodatek z powodu sytuacyjnej intymności nieoczekiwanie zmysłowy. Spojrzałem nań w popłochu i chcąc rozładować dziwaczne napięcie, powiedziałem z nieco być może nadmierną rubasznością: Stasiu, czyżbyś jeszcze nie stracił węchu od chlania? Na co on wyprostował się z patosem, z niesłychaną dumą odchylił się do tyłu, cherlawą pierś wyprężył, szopenowskim gestem przejechał dłonią po włosach i z absolutną wyniosłością obrażonego księcia pana rzekł: Jakoś nie! Jakoś nie!

Słowem, nawet w sytuacjach konfliktowych czy quasi-konfliktowych szło o coś więcej niż o kasę. Dziś tamte imponderabilia pierzchły jak nie bezpowrotnie, to na bardzo długo pozostaje wywołany i wzmagany kryzysem chłód, może nawet lód transakcji jednostronnej.

Na szczęście nie wszędzie tak bywa, bywa nawet skrajnie odwrotnie, ale i w tego rodzaju skrajnościach oddziaływanie kryzysu może zwyczajny lęk przed kryzysem widać. W ulubionym moim, mieszczącym się wprawdzie nie na samej Hożej, ale w bliskich okolicach Hożej, barze kawowym panuje zatrważająca integracja personelu. Panowała ona tam zawsze, teraz nabrała znamion psychozy. Zintegrowany personel ani mianowicie na chwilę nie opuszcza terenu zakładu. Jak kiedyś w okolice Nowotelu zbłądzicie i wstąpicie na (w samej rzeczy najlepszą w środkowej Europie) kawę do lokalu o prasłowiańskiej nazwie Green Coffee, zawsze zastaniecie tam kolejkę stojącą przy kontuarze, wszystkie miejsca zajęte, ścisk niepoczytalny.

Będzie to wrażenie nieco mylące, przynajmniej połowę, a jak nie połowę, to najmniej jedną trzecią stolików zawsze okupują pracownicy. Pierwsza zmiana pracuje, druga biesiaduje. Potem na odwrót. Specjalna więź, jaka najwyraźniej w tym przedsiębiorstwie wytworzona została pomiędzy kierownictwem a pracownikami, a także pomiędzy samymi pracownikami sprawia, że po robocie nikomu niespieszno do domu, a i przed robotą w robocie posiedzieć miło. Czy zjawisko stymulowane jest korzystnymi zniżkami, może nawet gratisami dla pracowników nie wiem, najprawdopodobniej tak, ale gołym okiem widać, że kasa nie ma w tym wypadku pierwszego znaczenia. Ma takie znaczenie korzystna atmosfera, wysokie zaangażowanie i emocjonalny stosunek zarówno do pracy, jak i do miejsca pracy. Ci, co siedzą przy stolikach, nie mogą się doczekać, kiedy ci, co klientów obsługują, skończą, a ci, co obsługują, nie mogą się doczekać, kiedy udających konsumentów kolegów na swoje miejsce wpuszczą i zwolnione przez nich miejsca na sali zajmą. Jedni stają za barem, drudzy siadają przed barem i tak na zmianę. Do tego dochodzi często gęsto wizytujące bar kierownictwo, stale wpadający członkowie zarządu i właściciele, doprawdy nie o integracji, a o ekstrakcie integracji można tu mówić. Firma daje pracę to pestka, w tym wypadku firma daje rzecz w kryzysie bezcenną: poczucie bezpieczeństwa. Nie dziwota, że baristki i bariści z Green Coffee, w tak sprzyjających warunkach pracując, osiągają zawodowe perfekcje i na różnych, nieraz światowych mistrzostwach baristów medale i dyplomy zdobywają. A że czasem z powodu tej w sensie ścisłym wytworzonej na rogu Marszałkowskiej i Alej pracowniczej utopii na ziemi dla postronnych i niezatrudnionych miejsca brakuje? Nie szukajmy dziury w całym, wokół się dzieją znacznie dramatyczniejsze rzeczy.

Jakiś czas temu akurat na tym odcinku Hożej, na którym mieszkam, gruchnęła hiobowa wieść: Przedwojenny właściciel przybył! Place i budynki odzyskuje! Czynsze podnosi! Mieszkańców na bruk wywala! Zakłady rzemieślnicze do bankructwa doprowadza! Strach i koniec świata!

Przypatruje się bliżej i owszem zmiany widzę, apokalipsy jednakowoż nie. Pracownia pasków zniknęła w jednym miejscu ulicy odrodziła się kawałek dalej. Sławny na cały kraj szewc pan Katana metraż zmniejszył, ale wzmógł piękno wystroju. Reszta, od antykwariatu pana Kubickiego zaczynając, na pralni pana Aftyki kończąc stoi, jako stała.

Owszem, jedna przykra dla mnie zmiana zaszła, maleńka, a obfitująca w ekscentryczne tytuły księgarnia Gazety Polskiej zniknęła i na dobre przeniosła się w inne miejsce żałuję, lubiłem tam zaglądać. Tak jest: księgarnia Gazety Polskiej była i się zmyła, kilkaset za to metrów dalej postało coś, czego dotąd na Hożej nigdy nie było wypasione mianowicie biuro ogłoszeń Naszego Dziennika. Coś za coś? Kryzys nie kryzys natura Hożej nie znosi pustki? Kryzys Hożej się nie ima? Jakoś nie! Jakoś nie!

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj