Dziś Yeah Yeah Yeahs triumfalnie i tanecznym krokiem na dobre wychodzą z tej niszy i po ośmiu latach systematycznego pięcia się w górę pokazują, że w muzyce najważniejsze to mieć własny styl. „Tańczcie do upadłego!” - zachęca wokalistka Karen O w pierwszych takstach „Heads Will Roll”, drugiej piosenki na „It’s Blitz”. I nie powinniśmy być zdziwieni, bo nawet ich małe koncerty przekształcają się w nieokiełznany show z seksowną Karen w roli głównej. Jeśli ktoś chciał pohuśtać się do muzyki z ich drugiej płyty „Show Your Bones”, nie było przeszkód - lecz byłby to raczej taniec pogo z rockowym przytupem i punkowym wykopem. Teraz przyszedł czas na czułe słówka i romantyczne solówki gitar.

Reklama

„It’s Blitz” ma podobną siłę rażenia co poprzednie albumy Yeah Yeah Yeahs, ale brak jej surowości debiutu. Ci, którzy spodziewali się kolejnych „Maps”, będą zaskoczeni nowym, syntezatorowym obliczem grupy. Podszyte dyskotekowymi rytmami „Zero” i „Dragon Queen” tak jak przestrzenne ballady - „Skeletons” czy „Runaway” - są znakiem nowych czasów. Postpunk puszcza oko w kierunku synthpopu.

Wprawdzie przed Yeah Yeah Yeahs było już kilka zespołów, które krytycznie podeszły do dorobku New Order, Donny Summer i Michaela Jacksona, wykorzystując najciekawsze z oryginalnych rozwiązań rytmicznych muzyki lat 80. Ot, choćby TV On the Radio czy MGMT dali głębokiego nura w świat staromodnych elektronicznych gadżetów i dyskotekowych bitów. Tym pierwszym udało się nawet połączyć je z hymnicznymi wersami o wszechogarniającym wpływie konsumpcji i polityki na amerykańskie masy.

Zespół Karen O także udowadnia, że z tanecznej lub sentymentalnej szmiry można wyczarować fantastycznie brzmiący kawałek, który świetnie broni się nawet w kontekście przemian pokoleniowych w historii popu i rocka. Oto agresywna lwica rock’n’rolla zmienia się w potulną, melodyjnie zawodzącą (w pięknej balladzie „Skeletons”, w „Hysteric”) diwę punk rocka, która mogłaby być pilną uczennicą Davida Bowiego, Nony Hendryx, Crissy Hinds, Siouxsie Sioux i Stevie Nicks. I której trudno odmówić wielkiego talentu konstruowania przebojowych, momentalnie wpadających w ucho kawałków. Głos Karen przeszedł ledwo dostrzegalną metamorfozę: to już nie śpiew agresywnej, infantylnej absolwentki filmówki, lecz dojrzałej kobiety, spokojnie patrzącej w przeszłość na swoje dawne ekscesy. Panna Orzolek nigdy nie była w lepszej formie.

Mimo mocnego zastrzyku keyboardowych brzmień trudno tę płytę określić mianem dyskotekowej. Wprawdzie na sesje w Massachusetts, a potem w Teksasie gitarzysta Nick Zinner ściągnął z e-Baya antyczny, rozlatujący się syntezator pamiętający początki lat 80., a producent David Sitek (z TV On the Radio) dodał „It’s Blitz” wysmakowanego elektronicznego chłodu, ale spod powierzchni tanecznych rytmów trzeciego albumu Yeah Yeah Yeahs wygląda magiczny smutek i romantyzm melodyjnych ballad. Są tu cytaty z celtyckiej melodyki („Skeletons”) i akompaniament kościelnych organów („Little Shadow”), jest funk i łzawe solówki gitar. Jak na pchlim targu, bo jest też wycyzelowana rockowa drapieżność („Zero”). Na ten stylistyczny kolaż grupa znalazła supermodne wdzianko. I nagrała przebojową płytę, która nie zrywa z przeszłością, a do tego daje potężnego susa w stronę nowoczesnego popu.