No, właśnie nie. Książkę o Śląsku postanowiłem napisać, ponieważ uważałem, że wyczerpałem już jako filmowiec to swoje źródło śląskie. To było sześć filmów w końcu. Poczułem, że jest pora, a w młodości marzyłem, żeby być pisarzem, żeby wreszcie napisać swoją książkę. Kiedy się szykowałem do swojego pierwszego śląskiego filmu, przeżywałem udrękę wewnętrzną, ponieważ nie mogłem znaleźć pomysłu na film o Śląsku, który by coś o nim powiedział nie tylko Ślązakom…
Tak, Gorolom. Chciałem motyw śląski, który nie miał zapisu w wielkiej sztuce, podnieść do formuły ogólnonarodowej co najmniej, jak najbardziej uniwersalnej. I wtedy dla treningu kupiłem sobie maszynę do pisania. Piękną, niemiecką, za dolary w Peweksie, i postanowiłem po prostu zapisać historię mojego rodu, a także miejsca, w którym się urodziłem i wychowałem. I nastąpiło coś dla mnie niesłychanie ważnego. Pobudziłem swoją pamięć i wyobraźnię, by się przymusić do nazwania tego, co to w ogóle jest Śląsk, i co to jest śląskość. Oczywiście, jak to w kinie, szukałem bohatera i story. Wtedy wydawało mi się, że najważniejszą historią, którą muszę opowiedzieć, jest to, co się stało z generacją mojego ojca, która po wiekach uczestniczyła w cudzie. Dzięki nim, dzięki powstaniom, jako pierwszy w całej rodzinie mogłem chodzić do polskiej szkoły. Wyrwać się z tego śląskiego chomąta, z tej niewolniczej, przymusowej pracy, gdzie człowiek jest skazany na bycie proletariuszem, a jeszcze musi zadeklarować, czy jest Polakiem, czy Niemcem. No przecież to zidiocenie. To było głównym tematem moich filmów, a ta książka jest czymś podobnym, tyle że opowiadam o swojej generacji, która już skorzystała z lepszych czy gorszych przemian historycznych.
Wszystko się zgadza. To w zamierzeniu miała być taka trochę fikcja biograficzna. Prototypy moich bohaterów to są postacie autentyczne. Ale jednak to nie jestem do końca ja, bo jednak dość daleko odchodzę i od własnej biografii, i od biografii pierwowzorów moich bohaterów. Basista ma brata, tak jak i ja mam brata. I tę postać rzeczywiście wzorowałem na moim bracie, tyle że nie do końca. W książce on zginął na wojnie. W imię koncepcji książki wykonałem wyrok na kilku jeszcze bohaterach, których pierwowzory żyją. A sam główny bohater też jest kompilacją moich własnych przeżyć, losów ludzi, których znałem i całkowicie fikcyjnych, choć uprawdopodobnionych przez realia. A zatem – im dalej w las, tym bardziej się ta książka staje czystą fikcją literacką.
Nie. Ja z tym nie mam nic wspólnego, ale znam ludzi, którym się takie rzeczy przytrafiły.
W szkole filmowej trochę się kamuflowałem. Ale jak już przyjechałem do Warszawy, to obracałem się w środowisku, w którym to nie miało znaczenia. Pamiętam, jak u Dygata jak siedział Holoubek, Konwicki, Dygat i między nimi ja. Gucio się buja w fotelu i mówi: „Gdzie są, kurwa, ci Polacy?”. Siedział Czech, Litwin, Niemiec i Francuz.
Bo o tym właśnie jest ta książka. O tym, że Śląsk to jest jakiś Rów Mariański między Polską a Niemcami, a Ślązacy są zawsze słabsi, bo są z jednej i drugiej strony gorzej traktowani.
Cała śląska tożsamość, poczucie odrębności, wyrastają właśnie z tych kompleksów i dzisiaj nie tylko nie zaginęły, ale nawet rozkwitają, są pielęgnowane.
Tak, ale tak jak Pan mówi, „lepszość” też ma źródło w kompleksach. Przez ostatnie 15 lat zamknięto pewnie ze 40 kopalń. Zmienia się całkowicie struktura kulturowa, familijna, osiedlowa itd. Przestaje być normą to przekleństwo dziedziczenia zawodu górnika albo hutnika i zamykanie się we własnych mikrospołecznościach, w rodzinach. Dobrodziejstwem jest, że Ślązacy zostali przez przemiany ustrojowe ostatniego 20-lecia zmuszeni albo do edukacji, albo do emigracji. Wreszcie stają się wolnymi ludźmi, a wszystkie te tradycyjne kompleksy śląskie są w wielkim rozproszeniu. Być może zresztą więcej prawdziwych Ślązaków jest dziś w Niemczech niż na Śląsku. Ale nadal nie da się pominąć w jakiejkolwiek biografii Ślązaka dziedzictwa rodziców.
Tylko. Ale kiedy miał, kurwa, drzemkę, to jakby sam papież spał.
Bo dla mnie Śląsk to jest przede wszystkim egzystencja, a nie ideologia. W mojej książce rzeczywistość obiektywna, to, co jest za oknem, prawie nie istnieje, bo nie jest potrzebna. Niezwykłością kultury śląskiej jest jej niezwykłe zamknięcie. Małgorzata Szejnert napisała niedawno wspaniałą książkę, w której opisała Śląsk niejako ektodermicznie, z zewnątrz, i nie wszystkiego udało jej się dotknąć, zrozumieć. A ja jestem endodermiczny. Jestem stamtąd, znam wszystkie tamtejsze tajemnice. W swoich filmach próbowałem nazwać śląskość od wewnątrz, w książce robię to samo, tylko na innym poziomie. Mam już kino poza sobą, ono jest jednak trywialną rozrywką.
Trochę przesadzam, ale kino z natury rzeczy jest zawsze uproszczeniem. Musiałem myśleć o tym, żeby to, co nakręcę, podobało się normalnym ludziom.
No, trochę dla nienormalnych. Bo kto normalny w dzisiejszych czasach książki czyta? A tak poważnie, ja wcale nie chcę mówić źle o swoich filmach, ale z tą książką trochę wyszedłem na nieswoje boisko.
Tak. Trudniejsze. Kiedy mi się już udało zrobić ten pierwszy śląski film, to było tak, jakbym znalazł swoją drukarkę. „Perłę w koronie” napisałem potem w miesiąc i to bez najmniejszego wysiłku. „Paciorki jednego różańca” tak samo. W Hamburgu z oburzenia, co te łajdaki z Giszowcem wyrabiają, i z niejakiej tęsknoty, w dwa tygodnie ten scenariusz napisałem. A z książką męczyłem się niemiłosiernie. To jednak zupełne inne pisanie niż to dla kina. Inna liga.
Tak. Z tym, że tego, czym naprawdę jest śląskość, nie da się zdefiniować. Można tylko opisywać i budować swoje subiektywne konstrukcje. Ja to całe życie robię. Bo kto ma to robić? Na Śląsku jest ubóstwo artystów. Jest Kuczok, Piekorz, paru jeszcze, i to wszystko. Żeby coś ze Śląska zrozumieć, trzeba się najpierw z niego wyrwać. Na Śląsku jest stare piekło i żeby je zobaczyć, trzeba spojrzeć na nie z zewnątrz. Ja musiałem wyjechać jak zwierzę. Jak się zagęści szczury na jakimś obszarze, żeby je wytępić, to one albo się robią agresywne albo spierdalają. Salwowanie się ucieczką jest czasem rzeczą najmądrzejszą.
Nie musi mówić gwarą. Nie ma sensu pisać w czystej gwarze, bo to zawęża krąg odbiorców. Nie mogłem całkowicie uciec od gwary, bo to moja pierwsza mowa matczyna przecież, ale też musiałem wziąć głębszy oddech językowy. A moja książka jest przecież w gruncie rzeczy zakamuflowaną gawędą, której patronuje Jan Chryzostom Pasek. To jest nobilitacja najstarszej formuły literackiej – gawędy właśnie. Na pierwszej stronie jest wszystko powiedziane, tak naprawdę. Myśliwski powiedział, że najważniejsze jest pierwsze zdanie. A ja to zdanie napisałem dopiero pół roku temu. I jak napisałem, wiedziałem, że właśnie tak się moja książka musi zaczynać.
Nie, w kinie najważniejszy jest pierwszy moment, w którym musi nastąpić identyfikacja widza z bohaterem. I to reżyser musi precyzyjnie wyliczyć. W „Pułkowniku Kwiatkowskim” np. to są piersi. Najpierw trzeba je było pokazać, a potem można już było wszystko opowiadać. A w języku musi być ten pierwszy haust. Bohater właściwie zapowiada wszystko już na początku, puszcza się na szerokie wody jakby był przed bramą piekieł, ale ten pierwszy oddech czerpie ze swojej śląskości. I to akurat musiało być napisane w gwarze.
To, co chciałem zapisać, to taka śląska tajemnica trwania, wierność egzystencji, którą Ślązak przyjmuje bez skamlania. Bohater stawia przed sobą zadanie najwyższe, właściwie in ratio niemożliwe, które stara się na własny koszt spełnić. To jest właśnie śląskość. Ludowy heroizm, specyficzny stosunek do losu, który, jeśli się żyje i jest, trzeba udźwignąć, jaki by nie był. Ja nie znam skamlącego Ślązaka. Kiedy się ostatnio w telewizji z panem Piskorskim spotkałem, to mnie szlag trafił. Płacze, jęczy…
I niemęskie przede wszystkim. Przecież to nawet nie wypada.
Ślązacy znają swój porządek świata. Mają swoją filozofię, którą bym nazwał filozofią prostej drogi, z której nie można skręcać. Myślę, że te cnoty Ślązaków biorą się z ich ciężkiego losu, z historii, która tak długo ich przetrącała, aż im ukształtowała charaktery. Ślązacy to inna rasa ludzi. Inny gatunek człowieka. Wartość Śląska tkwi w mentalności.
To jest rodzaj nieszczęśliwego połogu. W śląski los wpisane jest jakieś przekleństwo, jakaś zmowa, niesprawiedliwość przyjęta w kulturze, nie niemieckiej, ale polskiej, która nad Ślązakiem wisi od urodzenia. I on albo się z tym zgodzi, albo spierdoli. Ale jak spierdoli, to po to, żeby o tym opowiedzieć.
Ja nie tylko śląski los opisywałem w swoich filmach, ale i własny los konstruowałem. Przy swoim pochodzeniu mógłbym być najpoważniejszym kolaborantem od klasy robotniczej. Musiałem się bronić przed wstąpieniem do partii. Wanda Jakubowska, którą uwielbiam skądinąd, bo bez niej nie byłoby nas wszystkich, choćby Wajdy, koniecznie chciała mnie zapisać. Zaprosiła mnie kiedyś do domu, żeby przedstawić swoim koleżankom, starym komunistkom, jak podejrzewam. A ja po drodze jakoś się dosyć uchlałem. Wlazłem pod stół i strasznie brzydkim językiem z nimi gadałem. One były zszokowane. Ale Jakubowska mnie lubiła. I kiedy mnie namawiała, to ja jej na to odpowiedziałem „Wanda, ty mnie dobrze znasz. Ja uważam, że członkami partii powinni być jednak ludzie poważni”. I dała mi spokój. To też taka śląska mądrość, żeby się nie dać uwikłać.
Miałem kompleksy jako Ślązak, ale się ich nie wstydzę. Wszystkie dzieła się biorą z kompleksów. Gdyby Chopin nie wyjechał i wszyscy poeci, to nie mielibyśmy wielkiego kompleksu romantyzmu. A oni mieli kaca i w końcu, obłąkani, stworzyli ten cholerny mistycyzm, mesjanizm polski. Niech ich szlag trafi. Ślązacy czegoś takiego nie robią. Ślązak, jak już do czegoś dochodzi, to jest koncertmistrzem w Chicago, majstrem w fabryce samochodów, a nie stwarza sobie alibi i wymyśla jakieś idee.
Tak, ale żeby pokazać jaką nadzieję mieli Ślązacy w stosunku do Polski i jak się później na niej zawiedli. Jak te marzenia o dobrym państwie zamieniały się w tragiczne rozczarowanie. Jakbym był wychowany na doktrynie patriotyzmu polskiego, to bym sałatę robił, a nie filmy.
Na Śląsku, który nie został do końca spacyfikowany przez Kościół, bardziej niż gdziekolwiek indziej zachowały się ślady kultury pogańskiej, a śląski blues jest właśnie pogański, jest jakimś reliktem dawnego folkloru, w którym każda wioska musiała mieć swojego bluesmana, ale też swojego narratora. I ja pisząc tę książkę trochę się podszyłem pod to barbarzyństwo śląskie, pogaństwo. To jest pogańska książka!
Moje nazwisko jest jej najlepszą definicją. Rzecz jest bardzo prosta. To jest książka, której nikt inny nie mógł napisać poza mną. Nie wiem, czy jest dobra, czy zła. To mnie nie interesuje. Ja mam to w dupie. Ja po prostu musiałem to wybełkotać na miarę swojego rozumienia literatury z takim podglebiem. Jest w niej także taka fimfa, że ja chciałem pokazać, ze mając 80 lat jeszcze można napisać coś więcej niż testament.
Nie. Broń Boże. Nie mogę pisać testamentów. Ja mam syna, który maturę będzie zdawał dopiero. I mam córki młode. Ze śmiercią jestem na ty, dwa razy już umierałem i jesteśmy po słowie, można powiedzieć. Mówię sobie tylko: Masz już 80 lat, przecież większość już w tym wieku nie żyje. Więc zrób jeszcze coś, bo nikt za ciebie tego nie zrobi.
Może. Bardzo na mnie prą na Śląsku, żebym tego „Cholonka” zrobił.
Być może do tego dojdzie, ale w tej chwili czuję się jak wyciśnięta cytryna, ujebany jestem tym wszystkim i muszę trochę odpocząć.