Postać Izaaka Blumenfelda jest fikcyjna. W rzeczywistości wszyscy bohaterowie książki to ja. Wstęp jest tylko chwytem literackim zastosowanym po to, by czytelnik uwierzył, że opowiadana historia jest prawdziwa. Przecież nawet bajki zwykle kończą się słowami „ja tam byłem, miód i wino piłem”.
Po części o to chodziło. Dla czytelnika powieść jest relacją krawca z miasteczka pod Drohobyczem, dla autora to wspomnienia tego, co sam przeżył. Moje osobiste doświadczenia są gliną, materiałem, z którego mogłem coś ulepić. Szczególnie dotyczy to II wojny światowej. Ja nie byłem świadkiem wojny, byłem jej uczestnikiem. I to bardzo aktywnym.
To nie byłby dla mnie jakiś szczególny komplement, gdyby się okazało, że opisywałem własne przeżycia. Nie zamierzałem pisać autobiografii. Pisarz w odpowiednim momencie powinien się usunąć, by dać życie temu, co stworzył. Stworzyłem Izaaka Blumenfelda, rabina i pozostałych bohaterów – niech oni teraz żyją. A ja biorę czapkę i idę sobie.
Od Izaaka bliższy jest mi raczej rabin i jego sposób widzenia świata. To człowiek rozdarty pomiędzy wiarą a ateizmem. Sam mogę powiedzieć bez wahania: jestem ateistą. Niezachwianym ateistą. Ale jednocześnie jestem też specjalistą od religii, szczególnie judaizmu i chrześcijaństwa. Religie są wyrazem dążenia człowieka do ideału. Ja to bardzo szanuję.
Wszystko ma sens, nawet to, że tutaj siedzimy. Ostatecznym sensem wszystkiego jest życie. Gdyby nie było sensu, nie byłoby i nas. Nie znaczy to, że jestem mistykiem, który wierzy, że cel wszystkiego został ustalony z góry. Ale z tego, co robimy, z tego, jak żyjemy, rodzi się następny dzień, następny rok, następny wiek. Dlatego bardzo wierzę w dobrą wolę ludzi. I wierzę w lepszy dzień, choć ja, podobnie jak rabin z mojej książki, już go nie doczekam. Ludzkość czeka na ów lepszy dzień od jakichś 23 tysięcy lat. Najważniejsze, żebyśmy nie tracili cierpliwości.
Jestem człowiekiem myślącym pozytywnie, z natury towarzyskim. Lubię ludzi, lubię życie. I w pewien sposób także życie jest dla mnie dobre, łaskawe. Byłem w oddziale, z którego ponad połowa partyzantów zginęła. Skazano mnie na śmierć, a jednak przeżyłem. Gdyby istniał Bóg, byłby dla mnie dobry, choć ja nie jestem dobry dla niego, bo w niego nie wierzę. Ale myślę, że i Bóg nie wierzy w siebie, bo nie może poradzić sobie z tym całym chaosem, którego jest autorem. Nazywam go głównym ateistą wszechświata.
Uczestniczyłem w nielegalnym ruchu w prześladowanej organizacji antyfaszystowskiej Związek Młodzieży Robotniczej. Później aktywnie włączyłem się do walki z faszystami, szczególnie po wkroczeniu wojsk niemieckich do Bułgarii. Wkroczenie Niemców do Bułgarii wyglądało oczywiście inaczej niż Polsce. Bułgaria była sojusznikiem państw osi, a Niemcy u nas nie byli traktowani jako okupanci, tylko jak przyjaciele. Czuję jednak głęboką dumę, że Bułgaria jako jedyny kraj sojuszniczy hitlerowskich Niemiec zdołała zorganizować ruch partyzancki. To nie miało miejsca ani na Węgrzech, ani w Rumunii. Ów ruch był na tyle silny, że pod koniec 1943 roku doszło do wybuchu wojny domowej. Drugą przyczyna mojej dumy jest to, że w odróżnieniu od Hiszpanii czy Węgier, Bułgaria nie wysłała ani jednego żołnierza na front wschodni, bo kraj borykał się ze swoimi wewnętrznymi problemami. Byłem przywódcą grupy, która zajmowała się sabotażem. Podpaliliśmy duże magazyny niemieckie, w których składowano kożuchy. Stało się to trzy dni przed wysyłką ubrań na front wschodni. Ten idiota Hitler chciał szybko skończyć wojnę, bo jego żołnierze nie byli przygotowani do rosyjskiej zimy. A my postaraliśmy się, żeby ta rosyjska zima była dla nich jeszcze cięższa. Nie przyspieszyliśmy w ten sposób zwycięstwa ani o sekundę. Ale, dzięki Bogu, też nie przeszkodziliśmy zwycięstwu.
Mam pewnego boga, choć powiedziałem, że jestem ateistą. Nazywa się Charles Spencer Chaplin. On ma w sobie dobro, z którym zwraca się do świata, chociaż świat jest dla niego okrutny. Filmy Charliego Chaplina są filmami dobrego człowieka. On jest dla mnie wzorem.
Bułgaria zachowała tę wielobarwność i jest naprawdę wyjątkowo tolerancyjnym krajem. Mamy prawie milion Turków, ale pomiędzy Bułgarami a mniejszością turecką nie dochodziło do konfliktów. Żydzi w Bułgarii też nigdy nie czuli antysemityzmu ze strony narodu. Antysemityzm napłynął do Bułgarii z zewnątrz: z jednej strony był antysemityzm hitlerowski, z drugiej ten skryty, nieujawniony antysemityzm stalinizmu – bardziej skomplikowany. U nazistów sprawa była postawiona jasno: Żydzi powinni zniknąć z powierzchni ziemi, bo psują pejzaż Europy. U Stalina zaś inaczej – bezpośrednio nie powiedziano jednego słowa przeciwko Żydom, ale prowadzono walkę z kosmopolityzmem. I była to okrutna walka, w wyniku której rozstrzelano cały żydowski antyfaszystowski komitet z wyjątkiem Ilji Erenburga. Nagle został zamknięty jedyny teatr żydowski. Byłem studentem, kiedy zostało zamknięte żydowskie wydawnictwo. Ten antysemityzm nigdy nie został wyrażony wprost.
Jeden z naszych krytyków zwrócił kiedyś uwagę, że w moich książkach nie ma negatywnych bohaterów. Negatywne są zjawiska, a poszczególni ludzie w jakimś stopniu bywają ofiarami swojego czasu. Wierzę, że w każdym człowieku jest coś dobrego. Klnę się, że nie robię tego celowo. To jest instynktowne. Nie jestem też mściwy, ale nie róbcie mi numerów, bo nigdy nie nic wiadomo (śmiech).